Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

piątek, 13 marca 2015

UWAGA! ACHTUNG! WNIMANIE! - PRZEKIEROWANIE :)


Koniec rozdwojenia na "koszulkę" ciemną i białą, nie będzie dwóch blogów na różnych tłach, w starciu nokautem zwyciężył blog biały. Zatem przestaję umieszczać posty tutaj, na blogu z ciemnym tłem. Zapraszam tylko i wyłącznie pod adres:


A tam już nowa notka, zapraszam w kosmos!

sobota, 28 lutego 2015

facet mówi, xbw słucha


Wracam sobie któregoś dnia do domu z Sękocina, głodna, spragniona, zmarznięta, w korkach, już w centrum prawie, myślą w domowym ciepełku z gorącą herbatą. Komórka dzwoni. Kolega zaprasza na prelekcję o Japonii, za godzinę. No w sumie to czemu nie, nawet w korkach i pomimo tego, że ktoś spalił za sobą most, a ja muszę przez Wisłę, powinnam zdążyć. Zmiana kierunku jazdy, po drodze sklep ze zdrową żywnością, więc wstępuję po przekąskę, zjadam w tramwaju (!), to pierwszy tego dnia posiłek, więc się nie przejmuję i wcinam. Prelekcja w bibliotece, w specjalnej przytulnej kameralnej sali, w kąciku termos z wrzątkiem, kawa, herbata i wielki stos ciasteczek. Jestem nawet przed prelegentem, pytam, czy to tu ten wykład o Japonii. Oczekujący już ludzie mówią, że wykład ma być o Laponii ;) Atakuję ciasteczka, dubluję herbatkę. Przybywa mój kolega prelegent i gada z głowy bez przygotowania o ostatniej podróży do kraju, gdzie wiśnie kwitną najobficiej. Słuchacze zachwyceni, ja też, degustujemy herbatę japońską prosto z Japonii, zieloną, z prażonymi ziarenkami ryżu, miga nam historia, zdjęcia, waluty, hotele, statki, pałace, pomniki, odniesienia do wydarzeń w reszcie świata. Mało, chce się jeszcze, tak ciekawie i z pasją mówił. Mam ochotę wyoglądać wszystkie japońskie filmy po powrocie do domu. I Króla szczurów przeczytać. To się nazywa zarazić pasją :) Chcę wracać tak, jak przyjechałam, kolega mówi, żeby wsiąść do innego autobusu, no to wsiadam, bo faktycznie lepszy. Wsiadam, siadam, wzrok do góry, a tam informacja na monitorze o wykładzie księdza profesora Michała Hellera, Fizyka i filozofia czasu. I nikt mi nie wmówi, że to był przypadek ;) Od wtedy za dwa dni. Akurat będę na Ochocie, a wykład na Pasteura, zajęta do 17.00 a wykład o 18.00. I-de-al-nie! Ksiądz profesor właśnie skończy 79 lat w marcu!

Dwa dni później, znów głodna, spragniona i odrobinę zmarznięta (bardziej z niejedzenia niż z zimna), z zamiarem nabycia choć gorącej czekolady z automatu w przelocie, gnałam na wykład, nie spodziewając się tłumu. Na Pasteura chodziłam na fiński, myślałam, że to może będzie ten sam budynek, ale nie, to ten nowy naprzeciwko, więc piękna szatnia i super toalety, ale automatu z napojami nie ma. Może gdzieś ukryty, ale NIE MA CZASU szukać. Ależ tłok, istna ludzka nawałnica, a myślałam, że ze trzy osoby na krzyż przyjdą. Muszę zmienić zdanie o ludzkości lokalnej, nie doceniałam, jednakowoż. Kiedy stałam grzecznie w ogonku do szatni i zwiedzałam pięterko z łazienką, wszystkie miejsca w auli zostały zajęte i musiałam w kucki na schodach zgięta w pałąk słuchać o Erze Plancka, Schredingerze, Hawkingu, czarnych dziurach, osobliwościach, grawitacji, mechanice kwantowej i że CZASU NIE MA. Najciekawszy był chyba fragment o wpływie przyszłości na przeszłość (teraźniejszość). Zreferować nie zreferuję, ale nie czułam się za specjalnie wyobcowana. Rozumiałam większość i nie wiem czy to zasługa jasności wykładu księdza profesora czy mojego podczytywania przez lata pisemek typu "Świat nauki", a może lektury towarzyszącej oglądaniu filmu "Hawking" z Cumberbatchem, w zeszłym roku. Pewnie wszystkiego naraz ;) Oczywiście było także filozoficznie: Boecjusz, fenomenologia, Husserl, ale to pamiętam ze studiów, przydaje się na coś ta moja filozofia po latach... Z wielką radością przyjęłam informację o cykliczności wykładów. Najbliższy już 12 marca :) Szczegóły na stronie ZAPYTAJ FIZYKA.


Co poza słuchaniem? Oglądanie! Aktualnie wkręciłam się w trzy seriale. Jeden kolumbijski (w oryginale), drugi turecki (kiedy kończą się odcinki tłumaczone, oglądam w oryginale, a potem tureckie słówka plączą mi się całymi godzinami po głowie i przegonić się nie dają), trzeci kryminał BBC (w oryginale). Zaczęłam też pierwszy raz w życiu oglądać fińskie filmy i seriale w oryginale, coś absolutnie niesamowitego. Jedną z nocy poświęciłam na obejrzenie pierwszego sezonu serialu polskiego Krew z krwi z nagrodzoną Oscarem za Idę Agatą Kuleszą, mogę śmiało polecić, całkiem całkiem. Czytanie w kącie, ale w torebce Mrożek, na miasto idealny, pośród absurdów i bezsensów codzienności czyta się z rozkoszą. Pozwala funkcjonować w równowadze, zapełnia, uzupełnia. Mam z nim taki problem, że kiedy chcę wynotować ulubione fragmenty, okazuje się, że muszę przepisywać większość strony, a własnego zbioru Mrożkowego nie posiadam. Nie rozumiem, jak można Mrożka nie rozumieć. Nie znać, nie czytać. Teraz Testarium - koniecznie!

niedziela, 25 stycznia 2015

wesoło i swobodnie


Stoi jakaś babka obok, ja z sekretnym dziennikiem Adrian MOLE lat 13 i 3/4, ona zagaduje: „co czytamy?” Pokazuję. Ona: „MO-LE, nie znam”. Ogólnie wesoło mi, ale na wszelki wypadek (sorry, taki klimat za oknem teraz, że zjazd z automatu) dokarmiam się komediami. Często napisane, że KOMEDIA, a śmiać się nie za bardzo z czego. Ale polecam Świąteczne ciasto, płacz i turlanie się po wszelkich powierzchniach płaskich. Animowany francuski short, dostępny bezpłatnie jeszcze przez trzy tygodnie. Dożyłam chwili, kiedy mój syn rodzony używa słów w języku polskim, których nie znam, cóż, teraz ja uczę się od niego, na potęgę. Wygrałam bilet do kina. Znowu mamuśkowałam dwóm „moim” pieskom, strasznie kochane istoty, ależ mi powitanie zgotowały. Na co dzień nie mogłabym posiadać własnych futrzaków, niezgodność trybów funkcjonowania, Ale tak od czasu do czasu zaprzyjaźniony zwierzak zaprzyjaźnionych ludzi, z rozpoznanym psim charakterem – czemu nie. Australian Open w tym roku głęboko w tle, dosłownie kątem oka. Umarł król. Arabii Saudyjskiej. W Brazylii susza zamiast pory deszczowej. Strzępy wieści. Dobrze, że obok pigwa w słoiczku, od samego patrzenia słońce we mnie i wokół mnie. Niedługo wejdę w posiadanie książki nowej, której nie kupiłam. Żyję w dwóch światach. W jednym wszystko wokół brzęczących i papierowych (zwłaszcza) nominałów się obraca, w drugim dobra wszelkie zmieniają właściciela, ot tak, po prostu. Przemieszczam się swobodnie i równolegle przez oba światy i pomiędzy nimi z nadzieją, że nie utknę w przejściu.

"Biedny pan Lucas!"


Pan Lucas przyszedł dziś rano, żeby się dowiedzieć, czy matce nie potrzeba pomocy. To bardzo miłe z jego strony. Pani Lucas myła od zewnątrz okna ich domu. Drabina, na której stała, nie wyglądała na zbyt bezpieczną.

Zapisałem się do biblioteki. Wypożyczyłem Jak dbać o cerę, O powstawaniu gatunków oraz książkę tej baby, o której matka bez przerwy ględzi. Książka nazywa się Duma i uprzedzenie, a napisała ją jakaś Jane Austen. Zauważyłem, że mój wybór zrobił wrażenie na bibliotekarce; niewykluczone, że też jest intelektualistką.

Pan Lucas pił z matką kawę w kuchni. W pomieszczeniu było pełno dymu. Zanosili się śmiechem, ale urwali, kiedy wszedłem. W domu obok pani Lucas czyściła rynny. Odniosłem wrażenie, że jest w złym humorze. Małżeństwo państwa Lucasów chyba nie jest udane. Biedny pan Lucas!

Przyszedł pan Lucas i zaproponował, że zawiezie matkę samochodem do sklepu. Podrzucili mnie do szkoły. Z przyjemnością wysiadłem z samochodu, gdzie aż się kłębiło od chichotu i dymu tytoniowego. Po drodze widzieliśmy panią Lucas, która niosła wielkie torby z zakupami. Matka jej pomachała, ale pani Lucas nie miała czym odmachać.

Zacząłem dzisiaj czytać O powstawaniu gatunków, ale książka nie dorównuje serialowi telewizyjnemu.
Dziś rano obudzono mnie bardzo wcześnie. Pani Lucas betonowała podwórko od frontu i nie mogła wyłączyć betoniarki, żeby beton nie zastygł, kiedy go rozprowadzała. Pan Lucas podał jej herbatę. To naprawdę dobry człowiek.

Pani Lucas pokłóciła się z moją matką o psa, który jakoś wydostał się z domu i zostawił ślady na jej świeżym betonie. Ojciec zaproponował, że odda psa do uśpienia, ale matka zaczęła płakać, więc obiecał, że tego nie zrobi.

Pies znowu był u weterynarza. Beton przykleił mu się do łap; nic dziwnego, że w nocy tak hałasował na schodach.

Matka szuka pracy! Teraz już na pewno skończę jako młodociany przestępca, wałęsający się po ulicach i w ogóle. Co zrobię w ferie? Będę przesiadywał w pralni samoobsługowej, żeby się ogrzać? Albo zostanę dzieciakiem z kluczem na szyi, cokolwiek to oznacza? I kto zajmie się psem? Co będę jadł przez cały dzień? Będę musiał się odżywiać chrupkami i słodyczami, od których zrujnuję sobie cerę i wypadną mi zęby. Uważam, że matka zachowuje się bardzo samolubnie. A w pracy i tak się nie sprawdzi - nie jest zbyt bystra i za dużo pije w święta Bożego Narodzenia.

Państwo Lucas się rozwodzą! Są pierwsi na naszej ulicy. Matka poszła pocieszyć pana Lucasa. Musiał być bardzo zdenerwowany, bo kiedy ojciec wrócił z pracy, wciąż jeszcze tam siedziała. Pani Lucas pojechała gdzieś taksówką. Chyba odeszła na zawsze, bo zabrała ze sobą komplet kluczy francuskich. Biedny pan Lucas, teraz będzie musiał sam sobie robić pranie i w ogóle.


powyżej fragmenty:
Sue Townsed "Adrian Mole lat 13 i 3/4. Sekretny dziennik" (The Secret Diary of Adrian Mole Aged 13 3/4), W.A.B. Warszawa 2005, przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska

piątek, 23 stycznia 2015

"Les Gazelles" (2013)




Komedia, tylko dla pełnoletnich, obejrzana na VOD w ramach MyFrenchFilmFestival.com. Jakoś boków nie zrywałam. Kobiety wychudzone, połowa wyglądała jak Daniel Auteuil. Grały role niewiast samotnych, ciągle i natarczywie poszukujących, chaotycznych, rzucających się jak ryby w sieci albo punki w pogo. Wskakiwały facetom do łóżek na prawo i lewo. Obraz dość przykry i żałosny, choć z założenia miał być prawdopodobnie zabawny. Jakoś nie chce mi się śmiać z kobiecej głupoty i totalnego zagubienia. Duży plus filmu to dobór panów do ról męskich, choć mimo niewątpliwej urody pokazani zostali w większości w rolach zredukowanych do samców "zaliczających". Nie podobał mi się obraz Polski przedstawiony w Gazelach: prostaccy budowlańcy handlujący pokątnie polską wódką, zakąszający czystą ogórkiem i słuchający disco polo. Dobrze, że chociaż jeden z nich mówił po francusku.

Historia jest o dziewczynie, która ma dość swojego chłopaka i postanawia go porzucić chwilę po wspólnym nabyciu mieszkania na kredyt z trzydziestoletnią spłatą rat. Temat kredytu na mieszkanie też pewnie nie wyda się śmieszny nikomu, kto akurat takowy posiada, zwłaszcza w szwajcarskiej walucie. 
Dziewczyna uderza wieczorami, wespół z innymi samotnymi paniami, w miasto, na podryw. Tuła się przy tym pomiędzy mieszkaniami siostry, rodziców, koleżanek i własnym świeżo nabytym remontowanym przez Janusza z Polski. Nie ma jakiegoś wyraźnie zarysowanego zakończenia, wątki się nie kończą, dobiegają jedynie do schodka, historia poza kadrem mogłaby toczyć się dalej...

Najdziwniejsze, że nie żałuję obejrzenia nic a nic, może z powodu tych francuskich przystojniaków ;)



"Gazele"
(Les Gazelles)
Francja 2013
Reżyseria: Mona Achache
Scenariusz: Camille Chamoux, Cécile Sellam

"7 días" (2005)





Naturalna konsekwencja po serialu La Fea más bella. Chce się jeszcze i jeszcze języka hiszpańskiego i chce się jeszcze trochę popatrzeć na aktora odtwarzającego w tasiemcu rolę Don Fernanda. Jaime Camil gra tym razem gangstera Tony'ego pomagającego kolesiowi o imieniu Claudio zdobyć pieniądze, spore pieniądze, na sprowadzenie do Meksyku zespołu U2. Claudio jest wielkim zapaleńcem i by osiągnąć wymarzony cel jest gotowy na wszystko, nawet kontakt ze światem przestępczym. Wikła się w niebezpieczny układ, na zdobycie pieniędzy ma tylko tydzień (7 dni), ale okoliczności sprzyjają. Okazuje się, że syn bossa, właśnie Tony, też jest wielkim miłośnikiem zespołu U2, nosi okularki
à la Bono i nawet w aucie na desce rozdzielczej ustawił figurki członków kapeli. Chłopakom pomaga miła i sympatyczna Gloria, dziewczyna Claudia. Tony przez swoje zaangażowanie w sprawę sprowadzenia U2 do Meksyku naraża się innym członkom świata przestępczego, konkurencja depcze po piętach...


Cały film w specyficznym klimaciku przymrużonego oka, jakby twórcy chichotali zza kamery, co uwielbiam. Z pewnością mają znakomite i ogromne sentido del humor. Jest moment bolesnego ostudzenia, wszak to komediodramat. Ale co się pośmiałam i nacieszyłam, to moje i na długo w pamięci pozostanie. Cudna długa scena oglądania w tv meczu piłki nożnej: jeszcze nieznający się Claudio i Tony siedzą na dwóch krańcach jednej kanapy, zerkają na siebie wrogo, bo kibicują przeciwnym drużynom; moje skojarzenie - dwie szalki wagi. Potem śmieszno-straszna scena, kiedy w gnieździe gangsterskim wychodzi na jaw szwindel Claudia i nagle jego głowę zewsząd otaczają wycelowane w nią lufy. Niezapomniana scena u menedżera z wielkim plakatami muzyków na ścianach i wariujący od momentu zapalenia skręta montaż (cofałam wielokrotnie) i potem jeszcze pstrykanie na palcach (acá, acá, acá) także pocięte i zmontowane, trochę pozornie bez sensu ale w efekcie niezapomniany drobiażdżek. Co? U2 chcesz sprowadzić? Más loco! Trudno było mi obejrzeć całość, bo ciągle cofałam do ulubionych scen i fragmentów, na przykład kiedy Tony jedzie windą i na ujęciu widać, jak bardzo jest Brazylijczykiem (Jaime Camil jest synem Egipcjanina i Brazylijki, cudo!). Osłuchałam się też dość dokładnie z hiszpańskojęzycznymi przekleństwami, zwłaszcza jednym na p ;)

Rola Tony'ego została zauważona. Jaime Camil otrzymał za nią nagrodę meksykańskich krytyków filmowych, a także nominację do nagrody Ariela (nadawanej przez Meksykańską Akademię Filmową).


"7 dni" (7 días)
Meksyk 2005
Scenariusz i reżyseria: Fernando Kalife


piątek, 16 stycznia 2015

"La Fea más bella" (serial, Meksyk 2006-2007)


Leticia Padilla Solís jest osobą mądrą, inteligentną, starannie wykształconą, ale brzydką. Nosi okulary, aparat na zęby, lata jej powieka i opada kącik ust, ma brzydką cerę i w ogóle jest jakaś nieforemna, na pierwszy rzut oka Fiona ze Shreka skrzyżowana z Barbamamą. Pomimo bardzo wysokich kwalifikacji stara się o pracę sekretarki. Zahukana, wyizolowana, totalnie bez wiary w siebie. Dostaje angaż ze względu na kompetencje, ale jej biurko stoi w małej kanciapce w kącie biura. Szefem i prezesem firmy jest Fernando Mendiola, piękny, młody i bogaty, do tego wykształcony i bystry. Lety bez reszty zakochuje się w swoim przełożonym (tan divino...). Fernando, wykorzystuje przywiązanie dziewczyny, namówiony przez przyjaciela i powiernika, a równocześnie współpracownika, Omara Carvajala ("soy amigo, hermano y colaborador"). Lety zakłada firmę i bierze kredyt, z którego ma korzystać firma Fernanda. By dziewczyna się nie "odkochała", co mogłoby źle wpłynąć na biznesowy układ oparty na wzajemnym przywiązaniu, Fernando musi Lety okazać wzajemność... Akcja serialu rozkręca się na dobre. Ona kocha i wzdycha, on kombinuje, jak się przemóc i dotknąć, pocałować taką odrażającą paskudę. Wspierany dzielnie i obficie przez druha Omara, patrząc na zdjęcie jakiejś wystrzałowej laski, upijając się, całuje w końcu Leticię. Ale jeden beso nie wystarczy, trzeba iść za ciosem. No i Fernando, pobrecito, idzie. I sam nie widząc, kiedy i jak, zakochuje się w dziewczynie. Ale intryga wychodzi na jaw, następuje nagły zwrot w relacji damsko-męskiej, w biznesie też się komplikuje, na dodatek Lety poznaje innego. I tak się dzieje, na przemian dobrze, źle, lepiej, gorzej, śmieszno, straszno, wspaniale, tragicznie - przez 285 odcinków, na które trafiłam w wersji rozciągniętej na odcinków 300, więc już sama nie wiem, ile ich jest. Typowe dla produkcji tasiemcowych.


Realia innego kraju i kontynentu, odległa kultura, obcy język, a przesłanie swojskie, bo uniwersalne. Nie szata zdobi człowieka. Oglądałam "Brzydulę" w wersji polskiej (taka sobie) i niemieckiej (Verliebt in Berlin - rewelacja!) i mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać. La Fea más bella wciągnęła mnie od początku a potem nawet uzależniła na wiele wieczorów i nocy. Coraz więcej rozumiałam, coraz bardziej działało hipnotyzujące brzmienie języka, którego uczyłam się jakieś 20 lat temu, mniej więcej przez rok czy dwa. Ciekawa byłam rozwiązań wątków, których jest w serialu sporo. W firmie pracują sekretarki i asystentki zjednoczone w nieformalną grupę "brzydkich". Jest Marcia Villarroel, oficjalna narzeczona prezesa, jest jej brat Ariel, niezbyt pozytywna postać. Są jeszcze Saimon, Celso ochroniarz z psem, López, dzieciaki sekretarek, oryginalny gej Luigi Lombardi, i niesamowita Alicia Ferreira. W filmie pojawiają się postaci rodziców Leticii, jej przyjaciela Tomasa, rodziców Fernanda, jest sympatyczna Carolina del Angel i rozwydrzona i głupawa Ana Leticia. No i oczywiście jest Aldo Domenzaín, ten drugi. I dziwny człowiek Jorge. W serialu występują postaci sławnych gwiazd meksykańskich i nie tylko, grających siebie lub kogoś podobnego do siebie. Najbardziej zapamiętałam śpiewającego przyzwoitą piosenkę Tiziano Ferro, który akurat jest Włochem, ale śpiewa również po hiszpańsku. Z serialu zapamiętam wiele momentów, starałam się oglądać tak, jak oglądam filmy. Podobał mi się fragment wesela, kiedy grali panu młodemu marsz żałobny. Podobały mi się chwile "wpadek", kiedy aktorzy nie wytrzymywali ze śmiechu i opadała na kilka sekund aktorska maska, świetnie, że je zostawiono! Mniej cierpliwie odniosłam się do drugiej kamery wjeżdżającej w kadr kilkakrotnie, podczas sceny a Acapulco na plaży (Lety i Jorge). Podobał mi się "taniec" Omara przed Fernandem. Uśmiałam się z portretu Einsteina, który Tomás  powiesił sobie nad biurkiem (dla inspiracji). Spłakałam się straszliwie podczas wyjaśnienia wątku rozmów przez komórkę Alicii z ojcem (ostatnio aż tak ryczałam chyba na Kolorze purpury). Z powtórkami oglądałam występ zespołu "tylko dla pań" ;) Zabójczego ruchu tanecznego Leticii pozazdrościłby pewnie sam Ian Curtis. A Louis de Funès z całą pewnością śmiałby się do łez z niektórych scenek odgrywanych przez Don Fernanda. Podobały mi się przezwiska: Oxigenada ("soy rubia natural"), Ornitorrinco, Gargolita, GargoLety i inne, których pisowni nie znam, więc pozostaną w notesiku. Łapię, kto to Pituka i Petaka (imiona dwu meksykańskich dziewczynek, coś w rodzaju O dwóch takich, co ukradli księżyc), kumam noventa-sesenta-noventa (wymiary 90-60-90), czaję chin-chan-pu (kamień-nożyce-papier). Zachwyciłam się aktorem grającym Fernanda (Jaime Camil, syn Brazylijki i Egipcjanina, cudo!). Doceniłam grę aktorską odtwórczyni roli Lety, to było nadzwyczaj karkołomne zadanie. Jeśli macie specyficzne poczucie humoru i nie przeraża Was ilość odcinków i brak polskiego tłumaczenia, to polecam, oglądajcie :)

--------------------------
tan divino - taki boski
beso - pocałunek
pobrecito - biedaczek
ornitorrinco - dziobak
gargola - gargulec 
--------------------------

Przy okazji zapytam, może ktoś wie, co znaczy becho abacho y apapacho gacho (wym. beczo abaczo i apapaczo gaczo)?

nadciąga filmowa chmura


Zadomowiłam się już w 2015. Dobrze mi. Filmowy rok, z kamerą w tle. Dziś startuje festiwal kina francuskiego na VOD. Na pewno wyoglądam wszystkie komedie, horrory niekoniecznie. Niewątpliwie trzeba się dużo śmiać, to pomaga na wszystko, robi za lekarstwo i psychoanalityka. Do listy codziennych to do wpisuję, oprócz ruchu w każdej możliwej postaci i na każdej płaszczyźnie, śmiech. Kombinuję, podczas jakich codziennych czynności koniecznych (w roli głównej: "coś-zróbmy-coś-zaróbmy-trochę-żywności-kupmy") da się czytać książki, bo nawyk znoszenia do domu nie zanika. Choć kierunek filmowy, czytam głównie, co obejrzałam bądź co zostało sfilmowane i chcę obejrzeć. Miasto wytapetowane twarzą Andrzeja Chyry, już gdzieniegdzie do obejrzenia Carte Blanche, bardzo chętnie przystąpię, wręcz nie mogę się doczekać. NAJBARDZIEJ wysiaduję i wyczekuję, jak to starszym kobietom bywa, na Ziarno prawdy i nie zgadniecie czemu. No fakt, Lankosz, Miłoszewski, Więckiewicz, Pieczyński. Ale dla mnie to będzie głównie Zohar Strauss! Nie mogłam uwierzyć, że wystąpi w naszej polskiej produkcji. Zaciekawienie po Oczach szeroko otwartych (Eyes Wide Open) i zachwyt po Libanie (Lebanon). Normalnie czekam bardziej niż na nowego Sherlocka z Benedictem Cumberbatchem ;) Boczkiem staram się oglądać filmy meksykańskie w tragicznej jakości, ale za to w oryginale, a brzmienie języka hiszpańskiego polepsza mi nastrój tak skutecznie, że nie mogę zaniechać. Oj, będzie się działo, oj.


© foto: Tomasz Urbanek
zdjęcia z filmweb.pl





piątek, 2 stycznia 2015

mimowolny rehab


Do pojemnika na śmieci poszedł stary i już nieaktualny kalendarz na 2014. Mówił, że dni się skończyły. Michael Jackson w trakcie koncertu tracił na wadze około dwóch kilogramów. W czasie okołosylwestrowym też pewnie zgubiłam kilka. Muzyka nie pozwoliła mi się opuścić, otoczyła mnie całą i trzymała w mocnym uchwycie. Tańcząc z pewnością zaliczyłam zaleconą rehabilitację każdego odcinka kręgosłupa na rok do przodu. W Sylwestra odwiedziłam około 16.00 oblężony spożywczy, zamykany tego dnia dużo wcześniej. Brak koszyczków, brak siateczek do nakładania, brak towarów na półkach, ludzi tłum dziki, towary na taśmie przy kasie poukładane w stosy ciaśniutko – mój przydomowy sklepik codzienny nigdy chyba nie przeżył takiej nawałnicy. Dylemat czy zrobić sałatkę z cykorii zniknął, kiedy spojrzałam na regał z warzywami, nie tylko miejsce na cykorię było puste, cała ścianka ogołocona, ostał się jeno seler naciowy. No coś takiego. Nawet w Wigilię tuż przed zamknięciem było spokojnie. Robiąc zwykłe codzienne zakupy, odrobinę tylko rozszerzone z okazji okazji, doskonale się bawiłam nietypowymi okolicznościami. A może ogłoszono jednak koniec świata, a ja nic nie wiem, bo telewizora nie włączam od kilku dni? Wróciłam do domu, sprawdziłam, żadnego końca świata, ugotowałam zupę, powiesiłam pranie, obejrzałam kilka odcinków serialu meksykańskiego (w oryginale!) i Spritem przywitałam Nowy Rok...

środa, 31 grudnia 2014

Próspero Año Nuevo


Fajny to był rok ten 2014. Jeszcze czytam, choć starość nadciąga, coraz mniej się chce, wszędzie nowe technologie, "internety", a ja jeszcze ciągle oczami po papierze. Syn, jedyne me dziecię, wyprowadził się z domu i rozpoczął samodzielne życie, kilkaset kilometrów stąd. Mam codzienność tylko i wyłącznie dla siebie, z czego powoli zaczynam korzystać, się rozkręcam ;) Przypomniałam sobie, jak fajnie jest oglądać filmy. Wydarzeniem tego roku było coś o czym nie mogę napisać, ale wstrząsnęło mną mocno i bardzo pozytywnie. W tym roku pożegnałam też wiekuiście bliską mi osobę nie będącą rodziną, wieloletniego kumpla, momentami przyjaciela. Przykre, że nie mogłam mu pomóc, bo jedyne czego chciał ode mnie przez ostatnie miesiące, to bym skoczyła do monopolowego. Czytałam jego kartę zdrowia, kiedy poszłam za niego do przychodni po zmianę recepty, a on po wyjściu ze szpitala był za słaby, by sam się doczłapać te dwie przecznice. Po tej lekturze zdziwiłam się mocno, że on w ogóle jeszcze żyje. Znałam jego pin do karty kredytowej, czasem wyniosłam śmieci, czasem zrobiłam zakupy czy zapłaciłam rachunki. Kiedyś poszłam z nim do przychodni, innym razem pojechałam do szpitala, gdzie wisieliśmy pół dnia na krzesełkach w tłumie czekając na formalne przyjęcie na oddział. A potem informacja na Naszej Klasie od jakiegoś Marka, że D. nie żyje. I koszmarny pogrzeb, na który bałam się sama pojechać. A potem już spokój, choć nie było stypy, cała dość liczna rodzina rozjechała się, każdy do swojego domu. W każdym razie numer z komórki już mogłam bez emocji większych wykasować. Coś się skończyło, w puste miejsca wchodzą nowe wydarzenia, nowi ludzie, w komórce przybywa nowych numerów w zastraszającym tempie. W żywocie pustelnika następują coraz częstsze i dłuższe okresy zawieszenia. I to chyba dobrze. Więcej się ruszam, czego i Wam życzę!

A tak najbardziej to życzę sobie, Wam i całemu światu, dobrej komunikacji, ze sobą, z innymi. Dobrej i coraz lepszej komunikacji na każdym poziomie, międzyludzkim, międzynarodowym, międzyreligijnym, międzycząsteczkowym, międzykomórkowym.

piątek, 26 grudnia 2014

"little knowledge is dangerous"


Budowałem na piasku
I zwaliło się.
Budowałem na skale
I zwaliło się.
Teraz budując zacznę
Od dymu z komina.


Leopold Staff - "Podwaliny"


Kolędy powoli cichną, dzwoneczki wybrzmiewają, rytmy stają się bardziej taneczne. Przyklejona do radia przesuwam pokrętło po stacjach w poszukiwaniu pięknych dźwięków, a to chili, a to klasyczna, a to stare dobre umpa umpa, a piękna w eterze zatrzęsienie. Otoczyłam się mową hiszpańską w wydaniu meksykańskim i zauważam efekty, ciekawe jak długo się utrzymają, umocnią się czy przepadną niedługo w otchłaniach zapomnienia. Czas tańców nadciąga.


Dr. Alban - "It's My Life"



środa, 24 grudnia 2014

z pamiętnika pustelnika


Mało, zdrowo, nietypowo. Słodkie pod dachem: sztuk jeden, pod postacią soku wiśniowego do herbaty. W ramach "słodyczy" zaopatrzenie jedynie w torebkę wiórków kokosowych, ale najwyraźniej brały udział w akcji "przed świętami ludziom można wcisnąć każde g", okazały się niejadalne i skończyły w śmieciach. Nie ma nawet cukru. Zakupy świąteczne to kasza jaglana i gryczana, soczewica i fasolka, butelka oleju. I warzywniak. Akcentem świątecznym kilka mandarynek. Nie ma śniegu, nie ma bezwzględnej potrzeby posiadania choinki, której i tak nigdy nie było gdzie postawić (paprotka rządzi). Na parapecie, lodówka nieustająco nieobecna - hurra, słoiczki z bigosem świątecznym, buraczkami i ogórki kiszone tradycyjnie, nie wiem czemu ukrywać w spiżarce, toż to wspaniała dekoracja. I orzechy włoskie, cały słój. Codzienna przekąska, aż dziw, że jeszcze ponad połowa dotrwała do Bożego Narodzenia. Mnóstwo rozmów telefonicznych, życzeń, serdeczności.


Życzenia, no tak, tradycja. Życzę, by słowu tradycja towarzyszyło nierozerwalnie słowo rozsądek. By się nie zapędzić w ślepą uliczkę, a jeśli już, to by się w niej nie zaklinować na resztę życia. Mądrości, myślenia, spokoju, ogarnięcia siebie i świata wokół, harmonii, uśmiechu, zadowolenia, poczucia humoru, racjonalnego wykorzystania danego nam czasu, systematycznego oraz skutecznego spełniania, wypełniania, realizowania. Bycia tu i teraz.


sobota, 20 grudnia 2014

"Kapitał ludzki" (2013)




Stephen Amidon, urodzony w 1959 roku napisał "Human Capital" w 2004 roku. Wersji polskiej nie ma, więc nie czytałam, włoskiego nie znam, choć przykleja się szybko, zwłaszcza po obejrzeniu "włoszczyzny". Przez kilka godzin tłukła mi się po głowie mowa włoska, bene, bene, molto bene, silenzio, presto, grazie mille, seniora, per favore, permesso, scuza, ciao, basta...

Film dla lubiących historie. Ja bardzo lubię historie, więc się poczęstowałam, nakarmiłam  i trochę trawiłam. Stosunkowo krótko. Ale jeśli kiedyś wpadnie mi w ręce, chętnie powtórzę. Rzecz o ludziach żyjących w trochę bajkowym świecie, w puchu z banknotów o wysokich nominałach. Ale życie nie jest bajką i puch nie ochroni przed wszystkimi niemiłymi niespodziankami, pułapkami, wypadkami, przypadkami, nierozważnymi wyborami. Ścieżki gmatwają się, przecinają, plączą. Grubość portfela przestaje mieć znaczenie. Ciąg przyczynowo-skutkowy niekontrolowalny. Błahe zapomnienie kluczy, podwiezienie kogoś autem - i lawina konsekwencji. Rowerzyści powinni poruszać się wyłącznie po ścieżkach rowerowych. A gdzieś w tle czuwa ubezpieczyciel.

Akcja tego filmu właściwie mogłaby się rozgrywać w każdym rozwiniętym kraju, historia uniwersalna, bez przydziału miejsca dziania się.

Bilet do kina manną z nieba znowu, wygrałam konkursik :) Molte grazie!


"Kapitał ludzki"
(Il Capitale umano)
Francja, Włochy 2013
Reżyseria: Paolo Virzì
Scenariusz: Paolo Virzì, Francesco Bruni, Francesco Piccolo
Na postawie powieści Stephena Amidona "Human Capital"

zaczyna się od Mikołaja...



rysunek/obraz: Marta Frej, umieszczony za wiedzą i zgodą autorki :)


Zaczyna się od Mikołaja. Mojemu ojcu w czasie służby w wojsku odcięło końcówkę palca. W przedszkolu w czasie przedświątecznej imprezki, w stroju krakowianki zasiadłam na kolanko panu z brodą w czerwonym stroju, mówili, że Mikołaj. O coś tam zza wąsów grubym głosem pytał, pewnie czy grzeczna. Mała ja, przestraszona, podekscytowana, ale przytomna. Zauważyłam, że Mikołaj nie ma końca palca i charakterystyczny paznokieć identyczny jak tatuś. A zatem, wnioskowanie proste, Mikołaj to tatuś. Upierałam się potem, że właśnie tak, że na pewno, ale wszyscy wmawiali, że ależ skąd. Nikt nie spostrzegł, że odkryłam NIEZBITY DOWÓD ;)

A potem to już z górki, co chwilę dosłownie dowiadujemy się, że znowu coś jest nie takie, jak myśleliśmy, jak nam mówiono. Świat pokazuje coraz to nowe oblicze, ludzie w teatrze życia codziennego (polecam książki Ervinga Goffmana, trochę w ciemno, bo czytałam jedną i to dawno). Teoretycznie człowiek ma zdolność uczenia się. W praktyce idzie opornie, nikt nie pomaga, nie uczy jak się uczyć. Jak spokojnie i z godnością akceptować kolejne "odkrycia", kolejne demaskacje. Kolejne, "ale ja myślałem". Żeby tylko poprzestano na niepomaganiu, a tu jeszcze przeszkód lawina. Reakcją jest zamknięcie, unikanie, chowanie, płacz i zgrzytanie zębami, doły, fochy i depresje. A wszystko ma mechanizm samonapędzający, nakręcający, raz wprawione negatywną energią w ruch nadal na tej energii żeruje i zasysa. Człowiek znajduje w końcu upodobanie w byciu zgryźliwym czy / i zdołowanym. Jak mój znajomy, którego niedawno wiekuiście żegnałam na Cmentarzu Bródnowskim. Każde "co słychać" kwitował ostatnio: "a, do dupy". Rozsiewał wokół siebie taką aurę beznadziei, że nijak nie dało rady wywołać w nim pozytywnych uczuć, chyba że procentami, a i to na krótko.

Mały człowiek stopniowo odkrywa, skąd się bierze plasterek szyneczki, jak pod skórą wyglądamy w środku, z czego robi się perfumy, skąd się biorą tak naprawdę dzieci, jak to jest na prawdziwej wojnie, co to polityka. Jak dobrze pójdzie, to tak odkrywamy przez całe życie. Są natury dociekliwe. Wiedzieć. Niektórzy wybiórczo, inni wszystko, choć wiadomo, że awykonalne. Ogarnąć, jak najwięcej. Niekończący się przełajowy bieg przez płotki ("Cywil, przeszkoda"), wiraże, jary, kamieniołomy.

niedziela, 14 grudnia 2014

doraźne wybory

 
Upodobanie do muzyki punk wyklucza mnie z grona intelektualistów, trudno ;) Nieopatrznie obejrzałam "Pod Mocnym Aniołem", a tam Jakubik Siekierę w tirze śpiewa. Wpadłam w otchłanie przeszłości i już nie wiem który raz słucham w kółko "Nowej Aleksandrii". Rzuciwszy w kąt odsłuchiwanie perełki - recitalu Daniila Trifonova z Carnegie Hall. 
 
Cienka książka w torebce rozśmiesza w najmniej odpowiednich momentach, ale słowo się rzekło, będę czytała niezależnie od okoliczności.



sobota, 13 grudnia 2014

pieskie życie


Na wczorajszym przyjęciu ojciec upił psa wiśniówką.

Czuję się dzisiaj fatalnie. Wszystko przez matkę, która o drugiej w nocy zaczęła śpiewać My Way, stojąc u szczytu schodów. To po prostu pech mieć taką matkę. Ale jest nadzieja, że moi rodzice okażą się alkoholikami. W przyszłym roku mógłbym już być w domu dziecka.

Pies odegrał się na ojcu. Podskoczył i strącił jego model żaglowca, po czym wybiegł do ogrodu, plącząc się w takielunku.

Oszaleję z niewyspania! Ojciec zabronił psu wchodzić do domu, więc ten przez całą noc szczekał pod moim oknem!

Ojciec ma grypę.

Pies uciekł na ulicę, bo matka nie zamknęła furtki.

Pies nie wrócił. Jakoś spokojniej bez niego. Matka zadzwoniła na policję, żeby podać im opis, w którym pies wypadł jeszcze gorzej niż w rzeczywistości, kudły na oczach i w ogóle.

Pies ma niezłe kłopoty! Zrzucił z roweru strażnika, sprawdzającego parkometry, i pomieszał mu wszystkie mandaty. Z pewnością teraz wszyscy wylądujemy w sądzie. Policjant pouczył nas, że musimy pilnować psa, i zapytał, od kiedy kuleje. Matka odparła, że wcale nie kuleje, po czym go obejrzała. W lewej przedniej łapie uwięzła mu mała figurka pirata. Pies, wyraźnie zadowolony, że matka usunęła pirata, skoczył na policjanta i pobrudził mu mundur zabłoconymi łapami. Matka przyniosła z kuchni ścierkę, w którą przedtem wytarłem nóż po dżemie truskawkowym, więc mundur zaczął wyglądać jeszcze gorzej.

Pies został zamknięty w składziku na węgiel.

Teraz matka ma grypę, co oznacza, że muszę się zajmować obojgiem rodziców.

Przez cały dzień biegałem tam i z powrotem po schodach. Ugotowałem dla nich porządny obiad - dwa sadzone jajka z fasolą, a na deser kasza manna z puszki. Z trudem powstrzymałem się od uwag, widząc, że rodzice niczego nie tknęli. Przecież nie są aż tak chorzy! Zaniosłem wszystko psu do składzika na węgiel. Jutro przychodzi babcia.

Przyszła babcia. Stan domu napawa ją obrzydzeniem.

Babcia wypuściła psa ze składzika i oznajmiła, że zamykając go, matka postąpiła okrutnie. Pies zwymiotował na podłogę w kuchni, więc babcia znowu go zamknęła.

Teraz z kolei chory jest pies! Wciąż wymiotuje, więc musiałem wezwać weterynarza. Matka prosiła, żebym mu nie mówił, że pies przez dwa dni był zamknięty w składziku na węgiel.

Weterynarz zabrał psa ze sobą. Mówi, że chyba ma zaparcie i musi być natychmiast operowany.

Poszedłem zobaczyć, jak czuje się pies. Jest już po operacji. Weterynarz pokazał mi plastikowy worek pełen różnych obleśnych przedmiotów, wśród których dostrzegłem kawałek węgla, szyszkę z choinki oraz kilku piratów z ojcowskiego żaglowca. Jeden z piratów wymachiwał szablą, co musiało być dla psa bardzo bolesne. Teraz pies wygląda znacznie lepiej. Pewnie za dwa dni wróci do nas, niestety.

Teraz wiem na pewno, że jestem intelektualistą. Wczoraj w telewizji oglądałem Malcolma Muggeridge'a i rozumiałem prawie każdy wyraz. Wszystko się zgadza - nieudane życie rodzinne, marna dieta, brak upodobania do muzyki punk. Chyba się zapiszę do biblioteki i zobaczę, co z tego wyniknie. Szkoda, że w naszej okolicy nie mieszkają żadni intelektualiści. Pan Lucas co prawda nosi sztruksy, ale pracuje jako agent ubezpieczeniowy.

powyżej fragmenty:

Sue Townsed "Adrian Mole lat 13 i 3/4. Sekretny dziennik" (The Secret Diary of Adrian Mole Aged 13 3/4), W.A.B. Warszawa 2005, przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska

wtorek, 9 grudnia 2014

w przelocie





Dzieje się. Dobrze, że dzieje się. Czasem powinno dziać się, choć bez przesady. Zimno, dzianie się nie pozwala zmarznąć, bo dzieje się szybko, a ruch to energia, a energia to ciepełko. W dzianiu się jest ciasno i książki się nie mieszczą, ale przypilnuję. Pakuję jedną cienką do torebki, jutro musi się udać, będę czytała choćby siedząc na gwoździu. Jedzonko w przelocie. Bułkę kukurydzianą konsumowaną na miejskim chodniku próbowano mi odebrać. Jakieś krukowate stworzenie latające lotem koszącym próbowało wydziobać mi z ręki (mam świadka, bez niego sama bym nie uwierzyła). Musiałam schować do rękawa, udawać, że już nie ma i jeść ukradkiem, bo skrzyknięci kumple już całą gromadą dłuższą chwilę nie odstępowali.

A "život je čudo" :)

sobota, 15 listopada 2014

hang - meczyki - kometa


Meczyk z Gruzją wygrany do 4, (Niemcy strzelili Gibraltarowi tylko 3, czwarty to samobój), tabela nadal uwieńczona nazwą naszego kraju. Łukasz Kubot w deblu idzie jak burza, wczoraj w parze z Robertem Linstedtem wygrali już trzeci meczyk w ATP World Tour Finals, za chwilę kolejna walka na korcie. Ludzkość podbiła kometę 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Sonda Rosetta leciała dziesięć lat i pięć miesięcy i uszkodził się tylko jeden element mający wspomagać lądowanie. Philae, lądownik, trzaska zdjęcia i wierci powierzchnię kamyczka kosmicznego, a jego składową ustrojstwo z biało-czerwonym znaczkiem. A ja sobie siedzę i oglądam krótkometrażówki, w przerwach Kafka w małych dawkach. Czego i Wam życzę. 




poniedziałek, 10 listopada 2014

"Liban" (2009)




Kameralnością film przypominał mi Journey's End. Wojna, "wydarzenie" masowe, a postaci na ekranie zasadniczo osiem. Shmulik, Assi, Hertzel i Yigal tworzą załogę czołgu przekraczającego granicę izraelsko-libańską w pierwszym dniu wojny libańskiej z 1982 roku. Ich zewnętrznym bezpośrednim dowódcą jest Jamil. Akcja dzieje się we wnętrzu czołgu, świat zewnętrzny reżyser pokazuje przez wizjer celownika, z tym charakterystycznym krzyżem do precyzyjnego namierzenia obiektu do zestrzelenia. Młodzi żołnierze pierwszy raz konfrontują się z wojną, walką, zabijaniem. Dopiero co byli kochanymi synami rodziców, normalnie i zwyczajnie funkcjonującymi w społeczeństwie. Po rozpoczęciu działań wojennych na obcym terytorium Assi, dowódca czołgu, jest jak sparaliżowany. Yigal, kierowca, zachowuje się coraz bardziej płaczliwie. Celowniczy Shmulik zastyga w szoku. Największą przytomnością umysłu, a może najmniejszą wrażliwością, wykazuje się ładowniczy Hertzel. Pierwsze 15 minut filmu jest drastyczne, trzeba naprawdę dużej wytrzymałości, by nie wyjść z kina. Widz jak najbardziej wczuwa się w akcję, przejmuje na siebie odczucia bohaterów. Nie wiem, jak reagują na film mężczyźni, ale kobiety wychodziły z sali. Nie było epatowania niepotrzebnym okrucieństwem, było przedstawienie wojennych realiów. Śmierć, cywile, kobiety, dzieci, zwierzęta, rany, krew, urwane kończyny, chaos, dezorientacja, ogłuszenie i paraliżujący strach, niemożność. Co jakiś czas do czołgu wsuwał się Jamil, rewelacyjny Zohar Shtrauss (Strauss). Z pozoru twardy, szorstki i bezwzględny, troszczył się, by wszystko funkcjonowało sprawnie i według planów. Pojawia się libańska kobieta ocalała z ostrzału i znów dociera do widza potężną falą całe okrucieństwo wszelkich wojennych działań. Jest jeszcze syryjski jeniec wojenny i pewien Falangista. Jest kasetka do załatwiania się we wnętrzu. Scena po scenie, nie sposób się oderwać, emocje najwyższe. Tym bardziej, jeśli ma się świadomość, że reżyser i scenarzysta zarazem opisał własne wspomnienia. Samuel Maoz miał 20 lat, kiedy wyruszył na opisywaną wojnę. I gdzieś w głowie widza pojawiają się pytania, po co, dlaczego. Kto podejmował decyzję, czy nie można było inaczej. Po co wjeżdżać czołgami na terytorium innego państwa. Co się stanie, jeśli się nie wjedzie. Czy można całe to sprzętowe żelastwo przerobić na, czy ja wiem, nożyczki do robienia wycinanek z kolorowego papieru, żeby nie było czym strzelać do innych ludzi. Automatycznie budzi się naiwność dziecka, mechanizm absolutnej niezgody.

Film ujęty jest w ramę pola słoneczników, widzimy je w pierwszym i ostatnim ujęciu. W piękno świata brutalnie wdziera się ludzka walka. Słoneczniki też nie chcą wojny i rozjeżdżających je czołgów. Kilka scen wypala się w pamięci na zawsze. Sikający Syryjczyk. I dosłownie każdy moment, kiedy pojawia się Jamil. Pamiętam Zohara Shtraussa z Eyes Wide Open. Doskonała rola w genialnym filmie. Ale w Libanie był alfą i omegą. Był siłą napędową, energią i dobrym duchem. W moim osobistym odbiorze.

Seans w kinie "Luna" w ramach 12. WJFF. Zakończenie festiwalu. Reżyser był obecny w Warszawie, ale nie doszło do spotkania z publicznością. Szkoda.



"Liban"
(Lebanon)
Francja, Niemcy, Izrael, Liban 2009
Reżyseria: Samuel Maoz
Scenariusz: Samuel Maoz

"Requiem ludowe" - premiera


Naprawdę bardzo dziwnym trafem, bez cienia premedytacji, znalazłam się wczoraj w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego. Znajoma gdzieś szybko w biegu namawiała, żebym koniecznie przyszła, że Strug i coś niesamowitego. Wyczytałam potem, że nie będzie to recytacja wierszy poety Andrzeja, ale występ pieśniarza Adama Struga. Ponieważ blisko mam i lubię sobie do S-1 pojechać nawet bez powodu, byle pobyć, pospacerować w okolicy (są takie miejsca ze specjalną niecodzienną atmosferą), wpadłam powiedzieć znajomej "cześć" i życzyć miłego koncertu. W planach miałam zakończenie WJFF. Ale niestety ;) Dobra kobieta miała dla mnie bilet gdzieś wydzwoniony i z założenia do oddania komuś. I daję słowo, bilet się nie zmarnował. Koncert wchłonęłam na wszystkie możliwe sposoby. Dziś sobie odtwarzam w głowie, co prawda nie dźwięki wygrywane przez Kwadrofonik, ale te śpiewane przez Adama Struga lekko zawodzącym głosem, jak dusza z zaświatów. Koncert był całością bez przerw, cyklem dotyczącym śmierci, odchodzenia. Takie głosy zza grobu, przejmujące. Wokal niespotykany. Sala wypełniona po brzegi.

Kwadrofonik to Emilia Sitarz, Bartek Wąsik, oboje grający na fortepianach oraz Magdalena Kordylasińska, i Miłosz Pękala grający na instrumentach perkusyjnych.

Na FB znalazłam opis tego wydarzenia:
Requiem Ludowe (...) - najnowszy projekt zespołu Kwadrofonik inspirowany muzyką tradycyjną, do którego kwartet zaprosił znawcę tematu, śpiewaka - Adama Struga. Tym razem kwartet mierzy się z polską ludową muzyką żałobną, odnajdując w niej pierwiastek śmierci zawarty w melodiach i słowach pieśni towarzyszących ludowi w chwilach ostatecznych. Dzięki wyjątkowemu instrumentarium i interpretacjom Kwadrofonik i Adam Strug tworzą opowieść o odchodzeniu, i o tym, co może nas spotkać „po tamtej stronie”.