Meczyk z Gruzją wygrany do 4, (Niemcy strzelili Gibraltarowi tylko 3, czwarty to samobój), tabela nadal uwieńczona nazwą naszego kraju. Łukasz Kubot w deblu idzie jak burza, wczoraj w parze z Robertem Linstedtem wygrali już trzeci meczyk w ATP World Tour Finals, za chwilę kolejna walka na korcie. Ludzkość podbiła kometę 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Sonda Rosetta leciała dziesięć lat i pięć miesięcy i uszkodził się tylko jeden element mający wspomagać lądowanie. Philae, lądownik, trzaska zdjęcia i wierci powierzchnię kamyczka kosmicznego, a jego składową ustrojstwo z biało-czerwonym znaczkiem. A ja sobie siedzę i oglądam krótkometrażówki, w przerwach Kafka w małych dawkach. Czego i Wam życzę.
Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piłka nożna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piłka nożna. Pokaż wszystkie posty
sobota, 15 listopada 2014
hang - meczyki - kometa
Meczyk z Gruzją wygrany do 4, (Niemcy strzelili Gibraltarowi tylko 3, czwarty to samobój), tabela nadal uwieńczona nazwą naszego kraju. Łukasz Kubot w deblu idzie jak burza, wczoraj w parze z Robertem Linstedtem wygrali już trzeci meczyk w ATP World Tour Finals, za chwilę kolejna walka na korcie. Ludzkość podbiła kometę 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Sonda Rosetta leciała dziesięć lat i pięć miesięcy i uszkodził się tylko jeden element mający wspomagać lądowanie. Philae, lądownik, trzaska zdjęcia i wierci powierzchnię kamyczka kosmicznego, a jego składową ustrojstwo z biało-czerwonym znaczkiem. A ja sobie siedzę i oglądam krótkometrażówki, w przerwach Kafka w małych dawkach. Czego i Wam życzę.
środa, 15 października 2014
Polska - Szkocja 2:2
"Jest dobrze, ale nie najgorzej jest". Oczekiwania źródłem cierpień. Miny trochę niewyraźne. Chłopaki w sobotę żyły sobie niemal wypruli, wyprztykali się, fizycznie i emocjonalnie, do wtorku za mało czasu na pełną regenerację. Jest średnio. Niemcy i Szkocja nie grali jeszcze z Gibraltarem. Zakładając, że wygramy oba mecze z Gruzją, co wcale nie jest takie oczywiste, to przy "sprzyjającym układzie gwiazd" wystarczy nam jedno zwycięstwo i dwa remisy w meczu ze Szkotami, Niemcami i dwoma z Irlandią. A dwa zwycięstwa w tych czterech meczykach to pełnia szczęścia. Jasność w temacie uzyskamy za rok. No nic, czekamy. Z Gruzją już za miesiąc, ale kontynuacja eliminacji dopiero od marca. Latka, lećcie szybciej.
Cieszy, że Sobota wyszedł w podstawowym składzie. Mila nareszcie zauważony, nieustająco w jego talent piłkarski wierzyłam, meczów Śląska "pilnuję" każdego ekstraklasowego weekendu.
Warszawa, Stadion Narodowy.
Szczęśliwe minuty: 11 - Mączyński, 76 - Milik.
niedziela, 12 października 2014
kamień milowy: Polska - Niemcy 2:0
NajMILsi moi MILusińscy. No i jak tu nie kochać i nie wielbić tych naszych biało czerwonych. Wojtuś Szczęsny powinien dostać order, medal za zasługi dla kraju. Lewandowski i Piszczek, wielkie brawa za asysty, Milik i Mila cześć i chwała za skuteczne kopniaki. Wszyscy zagrali, piłkarze, trenerzy, publiczność. Święto narodowe przenieść na październik, też 11. Warszawa, Stadion Narodowy, Dach Otwarty. W 51 minucie wywiało strach z serc Polaków.
Przed meczem zastanawiałam się po cichutku czy Niemcy nie potraktują nas jak my Gibraltar. Już same nazwiska przyprawiały o drżenie nóg. Mario Götze, biegające 37 milionów euro, Thomas Müller, boiskowy zakapior o wyglądzie prymusa klasowego, "Hightower" Boateng, Manuel Neuer, Mats Hummels, no i co, że po kontuzji, Toni Kroos, Schürrle, no i "nasz" Lukas Podolski. Najgroźniejszy okazał się Podolski, przy jego poprzeczce Szczęsny nie zdążył mrugnąć, ale Opatrzność czuwała :)
Nasi popełniali błędy, komentatorzy je wytykali, a ja wytykałam komentatorom, żeby przestali narzekać, bo dobrze jest, przecież wynik jak złoto, NADAL REMIS. Pierwsza połowa nie zapowiadała niczego dobrego, może nikłą szansę na utrzymanie remisu. Zaświtała mi, mocno i wyraźnie, myśl: kto strzeli pierwszą bramkę, ten wygra. Emocje nie dla mnie, nie na moje nerwy. Włączam Sherlocka Holmesa. Ale zerkam. 1:0 dla nas, nawet nie wiem, kto ani jak. Twardo usiłuję oglądać film. Jak mysz pod miotłą. Odważam się sprawdzić. Koniec, dwa dla nas, Milik, Mila, oglądam bramki, potem powtórkę prawie całego meczu. Nawet przy powtórce serducho mocno pompuje, co za końcówka. Spełnione marzenia, na boisku "mój" Sobota, "mój" Mila, ten drugi zrekonstruowany, Mila reaktywacja. Złote lata Śląska Wrocław. A Milik zapowiadał się od dawna. W Ajaxie w jednym meczu pucharowym tak się zapędził, że rachubę stracił, ile strzelił. A trafił razy sześć plus dwie asysty. A teraz asysta idealna Piszczka, rozumna, z premedytacją, przemyślana, prosto na główkę Milika. I naród odetchnął i nabrał nadziei. I pięknie Lewandowski do Mili i jest takie małe niepozorne, skromne ale radosne 2:0.
Wcześniej pojawiła się myśl, coś na kształt "a może jednak", kiedy Kazachstan strzelił Holandii i długo trzymał wygraną, aż do 63 minuty, a w 64 już stracił gracza i dopiero wtedy wielka Holandia, w bólach, pod koniec czasu gry, dorzuciła dwa gole przewagi i ostatecznego zwycięstwa.
Posiadanie piłki: my 38%, oni 62%. Joachim Löw jak Mona Lisa. Wypadek przy pracy. Rewanż za rok.
51' Milik, główka, asysta Piszczka
88' Mila, asysta Lewandowskiego
niedziela, 31 sierpnia 2014
Adam Bahdaj "Do przerwy 0:1"
Przeczytałam ale nie mam czasu o niej napisać (kłamstwo w żywe oczy, mam czas, tylko nie mogę się zorganizować, więc się niniejszym mobilizuję). Więcej wkrótce :)
Nastało wkrótce. Miałam dobry pomysł, żeby pofatygować swoją niedziecięcą z zewnątrz osobę do biblioteki dla dzieci i młodzieży po książki Bahdaja. W środku po części jestem jaka byłam, z pasją i zainteresowaniem wskoczyłam do książki o chłopakach grających w nogę na warszawskim placu na Woli, pomiędzy ruinami. Paragon, Perełka i Mandżaro z kolegami z najbliższego sąsiedztwa, czyli z ulicy Górczewskiej, tworzą drużynę i chcą wziąć udział w turnieju dzikich warszawskich drużyn. Migiem się organizują, załatwiają piłkę z warszawskiej "Polonii" z siedzibą na Konwiktorskiej, przy okazji przypadkowo także trenera. Nie mają strojów, odpowiednich butów, nie zawsze są najedzeni, wokół powojenne gruzy. Paragon czyli Maniuś, chłopak wychowywany przez ciotunię, bo rodzice zginęli w powstaniu, czasem musi zaczynać dzień od zorganizowania pieniędzy na śniadanie. Zbiera i sprzedaje butelki, pomaga handlarce z warzywniaka, sprząta zakład fryzjerski, sprzedaje (praca "w propagandzie") gazety ("człowiek inteligentny i uprzejmy z głodu nie umrze"). Książka powstała w latach 50, wystarczyło po prostu zarejestrować rzeczywistość. Ciotka pracuje w spółdzielni "Czystość", jej posadę Maniuś określa jako deficytowe zajęcie. W ogóle język książki jest powalający, zwłaszcza teksty wygadanego Paragona, legalnie. Maniuś, kiedy ma dobry humor, nuci sobie często popularny wtedy szlagier "Nicolo, Nicolo, Nicolino". A kiedy Paragon po strzelonym golu całował gałąź drzewa na którym siedział obserwując mecz, bardzo dobrze rozumiałam jego uczucia ;) Blaski i cienie gry w piłkę nożną. Bo jest też przekupowanie, podbieranie zawodników, związki piłki ze strefą szemranych interesów. Paragon ucieka z domu, wplątuje się w kilka przygód, ale dzięki kilku życzliwym dorosłym osobom książkowa historia w sumie dobrze się kończy.
Na podstawie książki powstał serial (nie widziałam jeszcze, niestety) i doskonały film "Paragon gola". Jeśli ktoś potrzebuje i lubi czasem obejrzeć się w przeszłość...
Adam Bahdaj
"Do przerwy 0:1"
pierwsze wydanie: 1957
niedziela, 24 sierpnia 2014
nie kijem go to pałką
Polska drużyna zagra w tym sezonie w Lidze Mistrzów z Glasgow :) Dziewuszki z Medyka Konin zagrają z Glasgow City FC w 1/16 finału Ligi Mistrzów Kobiet. Wcześniej pokonały piłkarki z Bośni (3:0), z Finlandii (7:0) i z Macedonii (11:1). Sukces to sukces, nieważne czy w kiecce czy w portkach. Gratuluję i mocno trzymam kciuki. Dwumecze ze Szkotkami już w październiku (8-9 i 15-16).
Zniknięta Polonia Warszawa, jeszcze tak niedawno w Ekstraklasie i to na 6 miejscu, zdegradowana do IV ligi, wygrała sezon i teraz, po przejściach i rozbiorach, czołga się niemal wyłącznie remisowo w III lidze łódzko-mazowieckiej. Drużyna z ponad stuletnią historią. Tak mi się ta "Polonia" przypomniała, kiedy czytałam "Do przerwy 0:1" Adama Bahdaja.
A w Doniecku piękny stadion Szachtara, nówka sztuka, zaledwie pięcioletni, już po przejściach wojennych. Donbas Arena, najnowocześniejszy w Europie Wschodniej, jeden z najnowocześniejszych na świecie... Nie dość, że do ludzi, że fabryki konwojem humanitarnym wywożą, to jeszcze i stadionowi piłkarskiemu się oberwało. Barbarzyństwo XXI wieku.
Zbliża się pomalutku Euro 2016, ogłoszono już powołania do Reprezentacji na pierwszy eliminacyjny mecz z Gibraltarem 7 września, to już za dwa tygodnie. Może uda się wygrać ;)
sobota, 9 sierpnia 2014
odreagowuję
"Stężenie informacji w atmosferze znacząco maleje w miarę oddalania się od stolicy; zresztą wszelkie problemy ludzkie tracą stopniowo na znaczeniu, znika wszystko z wyjątkiem roślinności"
Michel Houellebecq Mapa i terytorium
Dawno mną tak potężnie nie zatrzęsło. Legia, mimo wygranej 6:1 w dwumeczu z Celtikiem, odpadła z Ligi Mistrzów z powodu walkoweru, kary UEFA za błąd administracyjny. Ograni poza boiskiem. Ktoś nie znał przepisów, nie przyznał się, że ich nie zna i spowodował katastrofę. Kilkadziesiąt milionów złotych w plecy, psychika piłkarzy rozkopana w proch i pył, praca norweskiego trenera wyrzucona w błoto. Basen Narodowy to przy tym pikuś. Po co procedury, starania sztabów ludzi, pompowanie kasy, strategie, technologie, wznoszenie się na wyżyny umiejętności, możliwości, pracowitość, poświęcenie. Jeden błąd jednej niekompetentnej osoby i anihilacja. I wycieczka do Kazachstanu na otarcie łez (cha cha cha).
Odreagowuję słuchaniem transmisji ostatniego koncertu festiwalowego w Dusznikach i czytaniem o Marsie. Ma dwa księżyce, Fobos i Deimos, ale żaden nie jest taki uroczy, jak nasz, to w ogóle jakieś nieforemne bryłki materii. Fobos wiruje strasznie szybko, wschodzi i zachodzi dwa razy w ciągu doby marsjańskiej, niemal identycznej jak doba ziemska. Wystarczy mniej więcej osiem miesięcy lotu i człowiek może zacząć żywot Marsjanina. Mars jest w zasadzie wszystkomający, zestaw węgiel + wodór + azot + tlen obecny. Inne pierwiastki też. Pytanie, jak się do nich dobrać, jak z nich tam korzystać. Atmosfera jest, woda też podobno, gdzieś pod. Powierzchniowo Mars jest podobny do Ziemi, choć blisko dwukrotnie mniejszy, to jednak w całości jest lądem. Ma najwyższą w naszym Układzie Słonecznym górę. Olimp (Olympus Mons) ma 21 tysięcy metrów, to musi być widok! Marsjańskie kaniony także przebijają ziemskie, co tam 2 km głębokości Kanionu Kolorado przy 7 km Valles Marineris.
Jutro pełnia Księżyca, naszego, ziemskiego.
czwartek, 7 sierpnia 2014
Marsjanie to MY
"Nad zielonymi pagórkami zwisał ciężki szczerozłoty namiot lata. Powietrze drżało w upale syconym miodowymi zapachami"
Kornel Makuszyński Szatan z siódmej klasy
Kornel Makuszyński Szatan z siódmej klasy
Które to już podpalenie tęczy? Przedwczoraj wrzuciłam świeżutkie zdjęcia, takiej ślicznej, nowiutkiej. A palmy jakoś nikt się, na szczęście, nie czepia, choć w drodze na Narodowy.
Legia Warszawa, brawo, w dwumeczu 6:1 z Celtikiem Glasgow, no, no :)
Właśnie dowiedziałam się od syna, że Ulissesa Joyce'a przerobią na grę komputerową, trafi pod strzechy. Może mnie ta zapowiedź zmobilizuje, by w końcu słynną powieść doczytać, przed laty dobiłam do 2/3 mniej więcej. Teraz trzeba od początku. No i wersje sfilmowane od razu by wypadało dodać do pakietu, a mianowicie filmy Ulysses (1967) i Bloom (2003). Nie było komputerów, Internetu, a i tak nikt Joyce'a nie czytał. Teraz to już zupełnie.
Wkręciłam się w Makuszyńskiego, no coś takiego. Ten Szatan z siódmej klasy to perełka. Warto przeczytać jeszcze raz będąc dorosłym. Książka napisana w 1937 roku. Tęsknię do czasów przedwojennych. Dziwnie się czyta, bo akcja dzieje się w polskiej wsi pod Wilnem.
Zaczęłam się dziś, chyba z tego gorąca nieustającego, zastanawiać czy niedźwiedzie latem w ogóle śpią. Cud Internetu dość szybko udzielił mi odpowiedzi na to pytanie. Bardzo ciekawy temat, sen zwierząt.
Jeszcze ciekawszy temat, to planowany lot na Marsa. Zdajecie sobie sprawę, że za naszego życia dojdzie do lądowania człowieka na Marsie? Myślę, że Marsjanie to MY, ludzie z planety Ziemia, którzy dolecieli i zasiedlili czwartą planetę od Słońca. Dopadłam fascynującą książkę o Marsie i - odleciałam :)
To może o Enigmie obszerniej innym razem (innymi razami), na razie tyle, że cieszę się z wyróżnienia naszych matematyków. Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski - opowiedzcie o nich Waszym dzieciom!
środa, 5 marca 2014
piękna fizyka
Wzięłam się za oglądanie "Hawkinga", w połowie stwierdziłam, że może jednak włączę opcję napisów polskich i zaczęłam oglądać od początku. Gdzieś w trakcie zachciało mi się poczytać o fizyce kwantowej, więc teraz siedzę i czytam o fizyce kwantowej. Nawet nie wiem czy meczyk ze Szkocją obejrzę, póki co zarejestrowałam, że reprezentacja Polski U-21 wygrała z Litwą 5:0, niestety jedynie towarzysko.
Wciągnęło mnie. Atraktory, kot Schrödingera, solitony. Ekscytujące. Ale też trudne i ciężko przyswajalne. Na szczęście znalazłam obrazki ;)
Szkoda, że nie dożyję czasów, w których fizyka kwantowa będzie w programie szkolnym podstawówek, bo będzie. Kiedyś.
poniedziałek, 3 marca 2014
690 kilometrów
Słyszałam dziś rano, że wojny nie będzie, a jeśli, to taka "łagodna" i szybko się skończy. Nie cytuję, przetworzyłam sobie czyjąś wypowiedź z telewizora. Polacy w 39. też tak mówili, że jeżeli w ogóle to szybko się kończy. Byłam pod ambasadą Ukrainy, morze zniczy i kwiatów, także wiele zdjęć "w czarnych ramkach". Kiedy spojrzałam w twarz na pierwszym z brzegu, pociekły mi łzy i nie mogłam ich długo pohamować. Przypomniało mi się miejsce pamięci z Belfastu, gdzie na wielkiej tablicy znajdują się zdjęcia osób, które zginęły w zamachach, często przypadkowo, a poniżej wykute w kamiennej płycie widnieją nazwiska i daty. Groza, bardziej namacalna, kiedy się spogląda w te twarze, w oczy. I tam wtedy, i tu teraz. Siedziałyśmy z koleżanką kilka godzin, jedna przed portalem internetowym, druga przed stacją informacyjną w tv. Ale to niczego nie zmieni, że będzie się wiedziało na bieżąco. Mam wrażenie istnienia rzeczywistości alternatywnej, jedna jest taka zwykła, z wszelkimi drobiazgami dnia codziennego, radościami, smutkami plus fizjologia, obowiązki, schemat dnia, przyjemności, stałe problemy do pokonania, i druga - ta z telewizora ale nie tylko. Na Majdan stąd 690 kilometrów.
A w Warszawie życie toczy się jak zwykle, marsz z pochodniami w Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych, przerwany mecz Legii z Jagiellonią, na deskorolce jakiś koleś w jaskrawym kombinezonie zjeżdża od Bagateli w dół do Ambasady Rosyjskiej, ulicą, kiedy długie czerwone światła na skrzyżowaniu, przybywają kibice Szkockiej drużyny, niektórzy w spódniczkach, na pojutrzejszy meczyk na Narodowym, stelaż od tęczy na Placu Zbawiciela wykopany, niestety nie na stałe, wolałabym drugą palmę (zdanie jak z Joyce'a, niestety pod względem długości, nie jakości).
Mam wrażenie, że "dzianie się" jest samonapędzające, kiedy się rozhula, ma formę wirującego leja zasysającego wszystko co napotka, karmi się i rośnie.
środa, 20 listopada 2013
o wyjaśnienie upraszam
Reprezentacja Polski w piłce nożnej. Kropka. Bo po co słowa i czas marnować. Debiut nowego trenera tradycyjnie w plecy. Ze SŁOWACJĄ, U SIEBIE, przegraliśmy 0:2. Towarzysko, ale do rankingu znowu dopisujemy minusy. Dobiło mnie, że ta sama Słowacja wczoraj bezbramkowo zremisowała z debiutującym w międzynarodowej piłce Gibraltarem. Słoneczko zaświeciło przy drugim w życiu (i pod rząd) hat-tricku Arkadiusza Milika w meczyku z Grecją U-21, i to o nie byle jaką stawkę, bo o awans do MME. Cieszy, nareszcie coś cieszy. I fajnie się oglądało popisy mistrzów kopanej w barażu Szwecji z Portugalią, hat-trick Ronaldo i stos ciał w radosnym szale po dobijającym golu. Głupieję, kiedy słyszę zachwyty na temat Lewandowskiego płynące z całego świata piłkarskiego na tle jego niemocy na reprezentacyjnych boiskach. Pod jaką kategorię taki dysonans podczepić? Słyszałam, że Messi w reprezentacji Argentyny też ma problemy ze skutecznością, ale przecież Lewandowski jest z Dortmundu wyjęty jak cenna roślina przy przesadzaniu w asyście Piszczka i Błaszczykowskiego. No i nie rozumiem i o wyjaśnienie upraszam, bo tak jawnej sprzeczności dawno w otaczającym mnie świecie nie zarejestrowałam.
I jeszcze dla Soboty Jupiler Pro League zaczęłam oglądać, żeby wiedzieć, jak mu się tam w Belgii dzieje, a on tu przyjeżdża i nie ma na czym oka zawiesić, zresztą ostatnio tam też. Powtórzę za jednym z komentatorów sportowych, tęsknię, o dziwo za meczykami Ekstraklasy, to już pojutrze. I skoki się zaczynają i inne zimowe. I już w styczniu Australian Open :)
poniedziałek, 16 września 2013
treserom wstęp wzbroniony
Niniejszym wywieszam oficjalnie tabliczkę z napisem "Treserom wstęp wzbroniony". Wczoraj rano (niedzielne rano) wbiła mi na chatę wieloletnia koleżanka, uprzednio się zapowiedziawszy i próbowała mnie wytresować. Kiedy nie pozwoliłam, cicho i spokojnie, wieloletnia koleżanka wypadła gwałtownie z wielkim fochem na klatkę schodową, dając wyraźnie do zrozumienia, że to koniec znajomości. Krzyżyk na drogę, tak się chyba mówi. Wielokrotnie zastanawiałam się nad fenomenem utrzymywania naszego kontaktu a nawet powiernictwa, przez tak wiele lat między tak różnymi osobami. Dziwiłam się nawet, że nie ma przyjaźni, a powinna być. Ale jak się przyjaźnić z uosobieniem focha? Jestem tolerancyjna, wiele zniosę, wiele rozumiem, widzę jeśli ktoś ciężko pracuje nad sobą, by być lepszym człowiekiem. Ale tresować się nie pozwolę nigdy i nikomu, w żadnych okolicznościach, więc w kontaktach ze mną bacik i szpicrutkę proszę zostawiać w szafie. Ciekawa jestem, jak długo foch potrwa, moje ręce wyciągnięte nieustająco.
Nie mogę wyjść ze zdumienia, jak można w ogóle złapać focha o pierdułkę w niedzielę rano, w miłej leniwej atmosferze poranka, przy pięknej pogodzie, wysokim ciśnieniu atmosferycznym, w miłych okolicznościach przyrody. Wokół bliżej i dalej bieda, nędza, wojny, głód, przemoc, poważne kłopoty i problemy. I nagle szopka o nic. Może potrzeba dramatu, jak w Tangu Mrożka, tylko na mikroskalę. A może tylko niestrawność albo hormony. Gorzej, jeśli psychika.
Bywa, że człowiek codziennie od nowa uczy się tego samego, bo nie jest w stanie nauczyć się i przyswoić danej czynności na stałe. Powiedzmy, że o chodzeniu rzecz. Więc wstaję codziennie i mozolnie uczę się chodzić, po południu nawet zaczynam biegać, lecę na setkę i wieczorem przebiegam kilometr. Aż tu nagle wsiadają na człowieka, że nie przebiegł maratonu. O basta la.
Trudno oddzielić i posortować wady od cech (charakteru, osobowości). Staram się je dokładnie rozróżniać u siebie i innych. Niestosowanie takiego rozróżnienia jest nagminne i konfliktogenne, powoduje masę nieporozumień (chyba za bardzo się wczułam w klimat telewizji śniadaniowych ;).
Ludzie się rodzą "jacyś" i nawet jeśli rodzina od pieluch pierze mózg, potem szkoła i różne środowiska, to człowiek w środku jest taki, jakim się urodził, najwyżej pokazuje światu kostium i maskę, jeśli nie ma odwagi pokazać nagiej twarzy. Taka oczywista prawda, a wszyscy udają, że jej nie znają.
***
Byłam wczoraj na pysznym chińczyku i pierwszy raz w życiu wcinałam pałeczkami. Szło mi całkiem zwyczajnie, oprócz końcowej garsteczki, która nijak nie dała się poskromić, dopiero widelcem. Miłe urozmaicenie, chyba spróbuję częściej.
***
Dziwnie oglądało mi się meczyk Śląska Wrocław bez Waldemara Soboty. Uczucie pustego miejsca. Ale cieszę się z wygranej i awansu w tabeli, zawsze to, mały bo mały, ale miły składnik układanej z nierównych wielkością puzzli codzienności.
środa, 11 września 2013
ze środka tygodnia
Szarości znów nastały, słońce zgasło na dłużej, pewnie aż do wiosny. Relaks balkonowy czas zwijać, choć jeszcze nie na stałe, jeszcze liczę na przeplatanki słoneczka i (jego) ciepełka. Sandałki czas pakować. Zaczynam jak głupio do dzieci zdrobnieniami. Dziecinnieję czy jeszcze nie dorosłam?
Wyszłam na miasto, maszerowali protestujący związkowcy akurat, grzecznie, równiutko, porządnie, hałasując umiarkowanie, pozdrawiając mieszkańców Warszawy. Dziwne uczucie, wielka siła ludu pracującego, można by pomiarów dokonać, wskaźniki osiągnęłyby ogromną wartość. Prawie żywioł. Może i bez prawie. Tramwaje nie jeździły tylko przez chwilę. Reakcje na wędrówkę gromadną czasem negatywne, czasem agresywne. Czemu? Czasem trzeba wyjść na ulicę, jeśli nie można inaczej. Teraz można wychodzić z protestem na ulicę, taki rodzaj wolności.
Rosja mówi ustami Putina o Ukrainie jak o swojej, nieprawdopodobne ale prawdziwe. Putin znalazł proste rozwiązanie sytuacji z bronią chemiczną w Syrii, ale to nie on dostał pokojową Nagrodę Nobla. Czernie i biele mieszają się nie tworząc odcieni szarości, color blindness szerzy się na potęgę. Lekarstwa jeszcze nie wynaleziono.
Nowojorski uso pen skończony i dobrze, bo kiedy jechała karetka słyszałam Azarenkę. Waleczny Stanislas mieszany czesko-niemiecko-szwajcarski Wawrinka pięknie wojował i aż szkoda, że tylko do półfinału. Ale i finał zajmujący, jako człowiek kobieta stanowczo wolę męski. Nadal, Rafael Nadal, przeszedł samego siebie wygrywając osiem z dziewięciu ostatnich gemów. I operatorzy dostają ode mnie Oscara za ujęcia kortów.
San Marino, number FIFA 207 zmieniło bilans bramkowy z 0-38 na 1-43, za naszych kopaczy, nie chwaląc się, przyczyną. Anglicy wzięli i zremisowali z Ukrainą, jakoś chyba na przekór, na złość. Trzeba będzie jeszcze pobiegać w październiku, jeszcze nie o pietruszkę. "Futbol jest okrutny" - taka książka powstała, mam nadzieję kiedyś upolować, przeczytać. Oprócz eseju Orwella nie czytałam jeszcze żadnej piłkarskiej książki, a ciągnie mnie w te rejony. Jak ludziom może wystarczyć jedno życie. Chyba wyjdę na ulice protestować. Chcę więcej, na początek kilkanaście. Żeby wszystko zdążyć.
piątek, 30 sierpnia 2013
nadwrażliwość
Wyjaśniło się, czemu aż tak bardzo nie mogę znieść odgłosów wiertarki, młota pneumatycznego, maszyny do cięcia krawężników, stukania, czyli wszelkich akustycznych skutków prac budowlano-remontowych. Mam nadwrażliwość słuchową. Słyszę w zakresie, w jakim statystyczny ziemianin rozkoszuje się błogą ciszą. A "cięższe" dźwięki słyszę w sposób zwielokrotniony. Po lekturze "Tajnego dziennika" i "Chamowa" Mirona Białoszewskiego pomyślałam, że biedak musiał mieć to samo. Teraz już wiem, czemu tak rzadko odkurzam, choć bardzo lubię czystość, czemu powyrzucałam wszystkie dywany i każdą powierzchnię podłogową po prostu myję.
A Śląsk pogoniony wczoraj przez Sevillę 0:5, nie patrzyłam, jedynie słuchałam układając Ravensburger puzzle 500. Sobota zweryfikowany w czwartek negatywnie. Cóż, 9-1 w dwumeczu, musi boleć, ale chyba bardziej kibiców niż "onych". Czasem można porwać się z motyką na słońce, tyle, że najpierw trzeba przejść porządny trening obsługi narzędzi rolniczych. Czekam na weekend, może w ekstraklasie pohulają. A może nie.
Weszłam w posiadanie instrumentu grzechoczącego i sobie grzechoczę, uradowana niczym noworodek, pozazdrościwszy kariery muzycznej Pendragonowi. Piter, dzięki za inspirację :)
Lecę, obiadek w lesie, fińska książka woła, że dziś jeszcze nieotwierana i nowy słonecznik kusi zapachem. A przy komputerze nie lubię siedzieć dłużej niż godzinkę, taka niewspółczesna się robię. Czego i Wam życzę?
sobota, 17 sierpnia 2013
prąd dobry
Czas galopuje. A przecież lato, słońce, więcej jasnych godzin. Dobre prądy traktują codziennie naruszoną konstrukcję mojego szkieletu, w ramach rehabilitacji finansowanej przez NFZ. A reszta? Z resztą trzeba sobie jakoś radzić, na przykład jedząc makrele. Piekę dynię, małosolne produkuję, kontynuuję szalik na drutach i powieści skandynawskie. Jeszcze polska piłka kopana nie zginęła, Śląsk Wrocław przepięknie "załatwił" Club Brugge, i to aż dwa razy, młodzi U-21 pokonali Turków (trzy bramki w pół godziny), a towarzysko, po trzydziestu sześciu latach, pokonaliśmy Duńczyków. Sobota mój pupilek Waldemar uwija się jak w ukropie, wiedziałam, że tak będzie. Brawo, chłopaku, wierzyłam i doczekałam się. Janowicz wędruje ku górze rankingu. Małe rzeczy ale wiele radości.
A kiedy we Wniebowzięcie (i) Wojska Polskiego punktualnie w południe za moim oknem przeleciało z wielkim hukiem siedem samolotów pozostawiając na chwilkę biało-czerwoną smugę dymu, w telewizorze mówili, że umarł Sławomir Mrożek. A ja mam trzęsienie ziemi, płyty tektoniczne trzęsą się i ruszają trykając się jak nafaszerowane testosteronem. I trudno na tak niestabilnym gruncie cokolwiek zbudować, ale i tak buduję, bo codzienność to budowanie. Cieszę się słońcem, cieszę się śliwkami, oglądam czarne jak święta ziemia paznokcie od wielkich najpyszniejszych na świecie słoneczników. Już nie mogę krócej obciąć a od czyszczenia opuchnięte i bolą. Trudno, chyba włożę rękawiczki, bo pestki słonecznika to mój największy letnio-jesienny nałóg, z tego się już nie da wyleczyć.
piątek, 3 maja 2013
"Mam sześć lat" - powiedział mój blog
Latka lecą, mój blog się starzeje (a ja wraz z nim). Trzeciego maja 2007 roku zaczęłam pisać i ciągnę ten wózek uparcie.
Sześć lat temu mój kolega Pendragon wyjechał do Irlandii i zaczął opisywać blaski i cienie emigranta na blogu. Tak sobie poczytałam i pozazdrościłam i też sobie bloga założyłam, ojcze chrzestny Pendragonie. Skoro nie mogłam zostać emigrantką ;)
Miałam zamiar skrobnąć jakąś notkę okolicznościową, ale pogoda wespół z porażką dokumentną "mojego" Śląska we wczorajszym PP wytrąciły mnie z doskonałego jeszcze przed meczem nastroju, łamie mnie we wszystkich kościach, chyba po prostu pójdę spać uprzednio poczytawszy, a czyje tomiszcze, dowiecie się wkrótce, oczywiście.
Chyba nie lubię rocznic. Wolę świętowanie/czczenie/pamiętanie rozłożone równomiernie. Rok ma 365/6 dni. Ale czasem napomknąć nie zawadzi.
Kazimierz Wojniakowski
Widok Sejmu w czasie uchwalania Konstytucji 3 maja
1806, Muzeum Narodowe w Warszawie.
środa, 24 kwietnia 2013
Termalica – Bruk-Bet Nieciecza KS
Wiadomo, że z naszej najwyższej ligi odpadną dwa zespoły, a w ich miejsce wejdą dwa nowe z dołu czyli z 1. ligi. Zajrzałam sobie z ciekawości, kto tam przoduje, kto dostanie szansę i co widzę? Termalica – Bruk-Bet Nieciecza KS. Dziwna nazwa, taka bardziej siatkarska niż nożna. Czytam jeszcze raz, oczy przecieram zaspane jeszcze, i nie wiem o co chodzi. Drążę. Nieciecza to wioska w gminie Żabno. Liczba mieszkańców nieco ponad siedemset.
Owszem, mają drużynę od 1922 roku. I ostatnio klub się wspina powolutku ale systematycznie. Z ogonów do 5. ligi, 4. ligi, 3. ligi, 2. ligi i teraz ma szansę zostać beniaminkiem w ekstraklasie, choć jeszcze dziewięć chyba kolejek do rozegrania zostało. Prezesem jest kobitka. Trenerem Kazimierz Moskal, były piłkarz, nawet reprezentant, trenujący ostatnio Wisłę Kraków. Bramki seryjnie strzela Dariusz Pawlusiński. Stadion z 2007 roku, na dwa tysiące miejsc ponad, częściowo zadaszony. Ktoś zainwestował i pokazał, że można. Fajna sprawa.
czwartek, 18 kwietnia 2013
dobra polska piłka
Ale się będzie działo, w maju drugiego i ósmego, dwumecz Legii ze Śląskiem w finale Pucharu Polski. Wczoraj w półfinale Wisła Kraków dała się rozłożyć na łopatki Śląskowi Wrocław 2:3 czyli w sumie w dwumeczu 3:5, w czym udział miał zarówno Mila jak i Sobota. Harmonijnie brzmi: Śląsk Wrocław, Mila, Sobota.
Kiedy Śląsk wygrywa, cieszę się przeogromnie, kiedy Sebastian Mila w formie i dyryguje na boisku, asystuje i strzela, cieszę się podwójnie. A pełnia szczęścia kiedy i Waldemar Sobota zdobędzie bramkę. Więc wczoraj piknie oj piknie było, hej. Jeszcze dosładzali komentatorzy z TVN Turbo, że to najlepszy mecz rozegrany ostatnio na polskich stadionach, że Sobota taki doskonały technicznie. Postęp oczywisty, jeszcze niedawno Śląsk przegrał z Bełchatowem (!), Mila nie strzelił karnego w meczu z Podbeskidziem i tylko remis. A tu proszę, Mila co mecz, to strzela, już czwarty raz pod rząd. A wczoraj jeszcze kibice obu drużyn wespół w zespół, przyjaźnie nastawieni, nie wiem czemu, ale ponoć się LUBIĄ.
Śląsk potrafi być mocno niestabilny, więc emocje były do ostatniej doliczonej minuty. Nie zapomnę nigdy listopadowej rywalizacji z Jagiellonią, kiedy to już wygrywali 3:0, Jaga miała dziesięciu zawodników na boisku po czerwonej kartce, a tych zielonych poniosło i dali sobie wyrównać na 3:3, choć Jaga kończyła w dziewiątkę po drugiej czerwonej kartce. Choć w sumie nic dziwnego, skoro na drugą połowę Hajto wypuścił Smolarka. Miałam mały dylemat, bo drużynę z Białegostoku też lubię.
Da się oglądać polską piłkę nożną.
A może by ich tak z tego Wrocławia w komplecie i z trenerem na mecz z Anglią, Ukrainą, Czarnogórą? I tak nie mamy już nic do stracenia.
czwartek, 28 marca 2013
o pietruszkę
Nie będzie nas w Brazylii. Zrobiłam sobie małą symulację, sama. Wyszło mi, że zajmiemy 4 miejsce w grupie, a przy gorszej dyspozycji przeciwników mamy szanse na miejsce 3. O pierwszym lub drugim nie ma mowy bez kilku cudownych zbiegów okoliczności. A przecież to nie ta dziedzina, w której oczekujemy cudów. I gdyby oni tak całkiem nie potrafili grać, to nie mielibyśmy prawa od nich wymagać, z pustego i Salomon nie naleje (nie mylić z Salamonem, Bartoszem). Ale nie, mają momenty, mają przebłyski, zdarza się, że tworzą cudowną, zgraną drużynę, strzelają bramki, stawiają się lepszym, przeprowadzają błyskotliwe odważne akcje. Więc potrafią. Skoro głaskanie po główkach i klepanie po pupciach nie pomaga, to może trzeba zmienić metodę. Marcinek to, Kubuś tamto, Adrianek jeszcze coś innego. Może, dla odmiany, jakaś szkoła przetrwania? Co z tego, że na razie wyprzedzamy Ukraińców w grupie, ale oni mają jeszcze przed sobą dwa (wygrane) mecze z San Marino, a my tylko jeden, więc pewne tylko +3, podczas kiedy oni mają pewne +6. Ostrożna strategia gry na remisy niczego nam nie daje, teraz już trzeba wygrywać WSZYSTKO.
W czerwcu, dziewięć miesięcy temu w rankingu FIFA Anglia była 6., Czarnogóra 50., Ukraina 52., Polska 62., Mołdawia 140. a San Marino 206. Dzisiaj Anglia wspięła się o dwa oczka, o co na szczycie nie jest łatwo, Czarnogóra jest 28 (!), Ukraina 48, Mołdawia 131, tylko Polska i San Marino jakby w miejscu, bo my oczko w górę, oni oczko w dół.
A może by tak powołania z samej Ekstraklasy? Dwa ostatnie mecze towarzyskie skończyły się wynikiem 4:1 dla nas, w tym z 33 w rankingu FIFA Rumunią, mimo przeprowadzonych przez ich trenera siedmiu zmian.
Nigdy jeszcze nie widziałam tak bladych i wściekłych dziennikarzy sportowych, jak po pamiętnych siedmiu minutach w meczu z Ukrainą, które nam pozamiatały, przepraszam, które naszym przeciwnikom pozamiatały łatwą ścieżkę do sukcesu, jak w curlingu.
poniedziałek, 25 marca 2013
jak zdołować czterdziestomilionowy naród
Jak? Bardzo łatwo, tracąc orientację na własnym boisku, na 7 minut, wystarczy. Przejeżdżałam wczoraj obok Narodowego, Stadionu. Taki im wybudowali okazały, a oni nawet biegać po nim nie chcieli, tylko się snuli zrezygnowani. Jeden nawet pokazał, gdzie ich możemy pocałować. Niechcący i niezamierzenie, a wyszło symbolicznie. Czarno widzę te dalsze eliminacje. Niby to dopiero pierwsza przegrana, ta z Ukrainą w piątek, wcześniej było zwycięstwo z Mołdawią i dwa remisy, z Czarnogórą i Anglią. Na razie czwarte miejsce w grupie i skromne pięć punkcików, jeszcze nie koniec świata, ale blisko. Anglicy już mają 20 bramek na plusie, Czarnogórcy 13, my dopiero 6 i tyleż "w plecy". San Marino ma bilans 0-24, ale nie wiem, czy nie uda im się jutro strzelić pierwszego gola eliminacyjnego właśnie nam. Straciłam pasję, ile można dać się tak poniżać, basta. Zawieszam emocje, przenoszę na obiekty bardziej warte mojego czasu i energii. Dosyć, dosyć, po trzykroć dosyć. Nie przypuszczałam, że dojdzie do tego, że będę wolała obejrzeć meczyk ekstraklasy niż tzw. reprezentacji narodowej. Nadal będę podglądała co słychać u asów piłki, ale już neutralnie. Nadal dobrze im życzę i kibicuję, ale na spokojnie, z bardzo dużej odległości dystansem nazywanej.
Dla odreagowania eteryczne dźwięki - Jan Garbarek.
czwartek, 7 lutego 2013
żenaaaada...
... jak mawiał w "South Parku" niemiecki super robot opowiadający najlepsze dowcipy na świecie. Mnie do śmiechu po wczorajszym meczyku w Dublinie polskiej "Reprezentacji Narodowej", bynajmniej, nie było. Gdybym się mogła gdzieś zapaść, to bym się zapadła. Przerżnęli z Irlandczykami DWA - ZERO, dacie wiarę?
(Muszę przestać "oglądać", bo niedługo będę się porozumiewała ze światem samymi, li i jedynie, cytatami z filmów. "Dasz wiarę" to z serialu "Brzydula", polskiej wersji, no śmieszy mnie, lubię...)
A tak było pięknie jeszcze kilka dni temu, kiedy nakopali goli Rumunom, i to sami "nasi" z Ekstraklasy + Celeban. 4:1... z Rumunami ... i wcześniej z Macedonią...
A wczoraj, jak prawdziwi kibice, zasiedlimy, -śmy (też cytat z filmu, przedwojennego, polskiego) w dobrej wierze (to z kolei "odchył" zawodowy), z michą pełną płatków kukurydzianych, zamiast czipsów, zdrowiej i smaczniej, znów zapomniałam kupić kwas chlebowy, ale za to batonik miał "procenty". Miny komentatorów rzedły coraz bardziej, konsternacja pełna. Mogę sobie przekląć? WTF?! Nic, nic, spoko, to tylko "nasi" piłkę kopią. Znów syndrom bitej żony. I znowu wystarczy jakiś malutki sukcesik, i znów w sercach kibiców, Polaków, zapalą się iskierki nadziei. I znów będą walić tłumami na stadiony, a nasze patałachy będą się "wozić" na nadziejach. Głupia sprawa, żenująca sprawa, czy nie ma 11, no 10, bo bramkarzy urodzaj i chyba to nie do nich pretensja, dziesięciu chłopa zgranych i potrafiących? NIE ROZUMIEM. Co tu jest grane? NIE WSTYD WAM?!
Szkoda, że Australian Open już się skończyło. W końcu Polacy poodpadali, ale było i tak na co patrzeć, niemal do końca. Jeden sędzia o uśmiechu delfina, inny jak z filmów Jima Jarmuscha, sędziujący mecz Stanislasa Wawrinki z Novakiem Djokovicem, nazywał się chyba Eduardo Molina. Ależ widowisko pięciogodzinne, dzielny Wawrinka zdobył ogromną sympatię za walkę i w ogóle, chyba najciekawsze godziny tego turnieju. Obejrzałam też debel Kubota, pierwszy w życiu, fajna sprawa, jak zabawa małych psiaków, tyle, że ze sporą gotówką w tle.
No i już nie wiem czy się dobijać kolejną kolejką Ekstraklasy ruszającą wkrótce po przerwie zimowej, czy może lepiej snooker i takie tam, bezpieczne, bo bez "Orłów Sokołów" naszych. No bo coś muszę, bo lubię. Muszę podtrzymywać przecież "sportowy" styl życia ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




