Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza życia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 lutego 2015

facet mówi, xbw słucha


Wracam sobie któregoś dnia do domu z Sękocina, głodna, spragniona, zmarznięta, w korkach, już w centrum prawie, myślą w domowym ciepełku z gorącą herbatą. Komórka dzwoni. Kolega zaprasza na prelekcję o Japonii, za godzinę. No w sumie to czemu nie, nawet w korkach i pomimo tego, że ktoś spalił za sobą most, a ja muszę przez Wisłę, powinnam zdążyć. Zmiana kierunku jazdy, po drodze sklep ze zdrową żywnością, więc wstępuję po przekąskę, zjadam w tramwaju (!), to pierwszy tego dnia posiłek, więc się nie przejmuję i wcinam. Prelekcja w bibliotece, w specjalnej przytulnej kameralnej sali, w kąciku termos z wrzątkiem, kawa, herbata i wielki stos ciasteczek. Jestem nawet przed prelegentem, pytam, czy to tu ten wykład o Japonii. Oczekujący już ludzie mówią, że wykład ma być o Laponii ;) Atakuję ciasteczka, dubluję herbatkę. Przybywa mój kolega prelegent i gada z głowy bez przygotowania o ostatniej podróży do kraju, gdzie wiśnie kwitną najobficiej. Słuchacze zachwyceni, ja też, degustujemy herbatę japońską prosto z Japonii, zieloną, z prażonymi ziarenkami ryżu, miga nam historia, zdjęcia, waluty, hotele, statki, pałace, pomniki, odniesienia do wydarzeń w reszcie świata. Mało, chce się jeszcze, tak ciekawie i z pasją mówił. Mam ochotę wyoglądać wszystkie japońskie filmy po powrocie do domu. I Króla szczurów przeczytać. To się nazywa zarazić pasją :) Chcę wracać tak, jak przyjechałam, kolega mówi, żeby wsiąść do innego autobusu, no to wsiadam, bo faktycznie lepszy. Wsiadam, siadam, wzrok do góry, a tam informacja na monitorze o wykładzie księdza profesora Michała Hellera, Fizyka i filozofia czasu. I nikt mi nie wmówi, że to był przypadek ;) Od wtedy za dwa dni. Akurat będę na Ochocie, a wykład na Pasteura, zajęta do 17.00 a wykład o 18.00. I-de-al-nie! Ksiądz profesor właśnie skończy 79 lat w marcu!

Dwa dni później, znów głodna, spragniona i odrobinę zmarznięta (bardziej z niejedzenia niż z zimna), z zamiarem nabycia choć gorącej czekolady z automatu w przelocie, gnałam na wykład, nie spodziewając się tłumu. Na Pasteura chodziłam na fiński, myślałam, że to może będzie ten sam budynek, ale nie, to ten nowy naprzeciwko, więc piękna szatnia i super toalety, ale automatu z napojami nie ma. Może gdzieś ukryty, ale NIE MA CZASU szukać. Ależ tłok, istna ludzka nawałnica, a myślałam, że ze trzy osoby na krzyż przyjdą. Muszę zmienić zdanie o ludzkości lokalnej, nie doceniałam, jednakowoż. Kiedy stałam grzecznie w ogonku do szatni i zwiedzałam pięterko z łazienką, wszystkie miejsca w auli zostały zajęte i musiałam w kucki na schodach zgięta w pałąk słuchać o Erze Plancka, Schredingerze, Hawkingu, czarnych dziurach, osobliwościach, grawitacji, mechanice kwantowej i że CZASU NIE MA. Najciekawszy był chyba fragment o wpływie przyszłości na przeszłość (teraźniejszość). Zreferować nie zreferuję, ale nie czułam się za specjalnie wyobcowana. Rozumiałam większość i nie wiem czy to zasługa jasności wykładu księdza profesora czy mojego podczytywania przez lata pisemek typu "Świat nauki", a może lektury towarzyszącej oglądaniu filmu "Hawking" z Cumberbatchem, w zeszłym roku. Pewnie wszystkiego naraz ;) Oczywiście było także filozoficznie: Boecjusz, fenomenologia, Husserl, ale to pamiętam ze studiów, przydaje się na coś ta moja filozofia po latach... Z wielką radością przyjęłam informację o cykliczności wykładów. Najbliższy już 12 marca :) Szczegóły na stronie ZAPYTAJ FIZYKA.


Co poza słuchaniem? Oglądanie! Aktualnie wkręciłam się w trzy seriale. Jeden kolumbijski (w oryginale), drugi turecki (kiedy kończą się odcinki tłumaczone, oglądam w oryginale, a potem tureckie słówka plączą mi się całymi godzinami po głowie i przegonić się nie dają), trzeci kryminał BBC (w oryginale). Zaczęłam też pierwszy raz w życiu oglądać fińskie filmy i seriale w oryginale, coś absolutnie niesamowitego. Jedną z nocy poświęciłam na obejrzenie pierwszego sezonu serialu polskiego Krew z krwi z nagrodzoną Oscarem za Idę Agatą Kuleszą, mogę śmiało polecić, całkiem całkiem. Czytanie w kącie, ale w torebce Mrożek, na miasto idealny, pośród absurdów i bezsensów codzienności czyta się z rozkoszą. Pozwala funkcjonować w równowadze, zapełnia, uzupełnia. Mam z nim taki problem, że kiedy chcę wynotować ulubione fragmenty, okazuje się, że muszę przepisywać większość strony, a własnego zbioru Mrożkowego nie posiadam. Nie rozumiem, jak można Mrożka nie rozumieć. Nie znać, nie czytać. Teraz Testarium - koniecznie!

niedziela, 25 stycznia 2015

wesoło i swobodnie


Stoi jakaś babka obok, ja z sekretnym dziennikiem Adrian MOLE lat 13 i 3/4, ona zagaduje: „co czytamy?” Pokazuję. Ona: „MO-LE, nie znam”. Ogólnie wesoło mi, ale na wszelki wypadek (sorry, taki klimat za oknem teraz, że zjazd z automatu) dokarmiam się komediami. Często napisane, że KOMEDIA, a śmiać się nie za bardzo z czego. Ale polecam Świąteczne ciasto, płacz i turlanie się po wszelkich powierzchniach płaskich. Animowany francuski short, dostępny bezpłatnie jeszcze przez trzy tygodnie. Dożyłam chwili, kiedy mój syn rodzony używa słów w języku polskim, których nie znam, cóż, teraz ja uczę się od niego, na potęgę. Wygrałam bilet do kina. Znowu mamuśkowałam dwóm „moim” pieskom, strasznie kochane istoty, ależ mi powitanie zgotowały. Na co dzień nie mogłabym posiadać własnych futrzaków, niezgodność trybów funkcjonowania, Ale tak od czasu do czasu zaprzyjaźniony zwierzak zaprzyjaźnionych ludzi, z rozpoznanym psim charakterem – czemu nie. Australian Open w tym roku głęboko w tle, dosłownie kątem oka. Umarł król. Arabii Saudyjskiej. W Brazylii susza zamiast pory deszczowej. Strzępy wieści. Dobrze, że obok pigwa w słoiczku, od samego patrzenia słońce we mnie i wokół mnie. Niedługo wejdę w posiadanie książki nowej, której nie kupiłam. Żyję w dwóch światach. W jednym wszystko wokół brzęczących i papierowych (zwłaszcza) nominałów się obraca, w drugim dobra wszelkie zmieniają właściciela, ot tak, po prostu. Przemieszczam się swobodnie i równolegle przez oba światy i pomiędzy nimi z nadzieją, że nie utknę w przejściu.

piątek, 16 stycznia 2015

nadciąga filmowa chmura


Zadomowiłam się już w 2015. Dobrze mi. Filmowy rok, z kamerą w tle. Dziś startuje festiwal kina francuskiego na VOD. Na pewno wyoglądam wszystkie komedie, horrory niekoniecznie. Niewątpliwie trzeba się dużo śmiać, to pomaga na wszystko, robi za lekarstwo i psychoanalityka. Do listy codziennych to do wpisuję, oprócz ruchu w każdej możliwej postaci i na każdej płaszczyźnie, śmiech. Kombinuję, podczas jakich codziennych czynności koniecznych (w roli głównej: "coś-zróbmy-coś-zaróbmy-trochę-żywności-kupmy") da się czytać książki, bo nawyk znoszenia do domu nie zanika. Choć kierunek filmowy, czytam głównie, co obejrzałam bądź co zostało sfilmowane i chcę obejrzeć. Miasto wytapetowane twarzą Andrzeja Chyry, już gdzieniegdzie do obejrzenia Carte Blanche, bardzo chętnie przystąpię, wręcz nie mogę się doczekać. NAJBARDZIEJ wysiaduję i wyczekuję, jak to starszym kobietom bywa, na Ziarno prawdy i nie zgadniecie czemu. No fakt, Lankosz, Miłoszewski, Więckiewicz, Pieczyński. Ale dla mnie to będzie głównie Zohar Strauss! Nie mogłam uwierzyć, że wystąpi w naszej polskiej produkcji. Zaciekawienie po Oczach szeroko otwartych (Eyes Wide Open) i zachwyt po Libanie (Lebanon). Normalnie czekam bardziej niż na nowego Sherlocka z Benedictem Cumberbatchem ;) Boczkiem staram się oglądać filmy meksykańskie w tragicznej jakości, ale za to w oryginale, a brzmienie języka hiszpańskiego polepsza mi nastrój tak skutecznie, że nie mogę zaniechać. Oj, będzie się działo, oj.


© foto: Tomasz Urbanek
zdjęcia z filmweb.pl





piątek, 2 stycznia 2015

mimowolny rehab


Do pojemnika na śmieci poszedł stary i już nieaktualny kalendarz na 2014. Mówił, że dni się skończyły. Michael Jackson w trakcie koncertu tracił na wadze około dwóch kilogramów. W czasie okołosylwestrowym też pewnie zgubiłam kilka. Muzyka nie pozwoliła mi się opuścić, otoczyła mnie całą i trzymała w mocnym uchwycie. Tańcząc z pewnością zaliczyłam zaleconą rehabilitację każdego odcinka kręgosłupa na rok do przodu. W Sylwestra odwiedziłam około 16.00 oblężony spożywczy, zamykany tego dnia dużo wcześniej. Brak koszyczków, brak siateczek do nakładania, brak towarów na półkach, ludzi tłum dziki, towary na taśmie przy kasie poukładane w stosy ciaśniutko – mój przydomowy sklepik codzienny nigdy chyba nie przeżył takiej nawałnicy. Dylemat czy zrobić sałatkę z cykorii zniknął, kiedy spojrzałam na regał z warzywami, nie tylko miejsce na cykorię było puste, cała ścianka ogołocona, ostał się jeno seler naciowy. No coś takiego. Nawet w Wigilię tuż przed zamknięciem było spokojnie. Robiąc zwykłe codzienne zakupy, odrobinę tylko rozszerzone z okazji okazji, doskonale się bawiłam nietypowymi okolicznościami. A może ogłoszono jednak koniec świata, a ja nic nie wiem, bo telewizora nie włączam od kilku dni? Wróciłam do domu, sprawdziłam, żadnego końca świata, ugotowałam zupę, powiesiłam pranie, obejrzałam kilka odcinków serialu meksykańskiego (w oryginale!) i Spritem przywitałam Nowy Rok...

środa, 31 grudnia 2014

Próspero Año Nuevo


Fajny to był rok ten 2014. Jeszcze czytam, choć starość nadciąga, coraz mniej się chce, wszędzie nowe technologie, "internety", a ja jeszcze ciągle oczami po papierze. Syn, jedyne me dziecię, wyprowadził się z domu i rozpoczął samodzielne życie, kilkaset kilometrów stąd. Mam codzienność tylko i wyłącznie dla siebie, z czego powoli zaczynam korzystać, się rozkręcam ;) Przypomniałam sobie, jak fajnie jest oglądać filmy. Wydarzeniem tego roku było coś o czym nie mogę napisać, ale wstrząsnęło mną mocno i bardzo pozytywnie. W tym roku pożegnałam też wiekuiście bliską mi osobę nie będącą rodziną, wieloletniego kumpla, momentami przyjaciela. Przykre, że nie mogłam mu pomóc, bo jedyne czego chciał ode mnie przez ostatnie miesiące, to bym skoczyła do monopolowego. Czytałam jego kartę zdrowia, kiedy poszłam za niego do przychodni po zmianę recepty, a on po wyjściu ze szpitala był za słaby, by sam się doczłapać te dwie przecznice. Po tej lekturze zdziwiłam się mocno, że on w ogóle jeszcze żyje. Znałam jego pin do karty kredytowej, czasem wyniosłam śmieci, czasem zrobiłam zakupy czy zapłaciłam rachunki. Kiedyś poszłam z nim do przychodni, innym razem pojechałam do szpitala, gdzie wisieliśmy pół dnia na krzesełkach w tłumie czekając na formalne przyjęcie na oddział. A potem informacja na Naszej Klasie od jakiegoś Marka, że D. nie żyje. I koszmarny pogrzeb, na który bałam się sama pojechać. A potem już spokój, choć nie było stypy, cała dość liczna rodzina rozjechała się, każdy do swojego domu. W każdym razie numer z komórki już mogłam bez emocji większych wykasować. Coś się skończyło, w puste miejsca wchodzą nowe wydarzenia, nowi ludzie, w komórce przybywa nowych numerów w zastraszającym tempie. W żywocie pustelnika następują coraz częstsze i dłuższe okresy zawieszenia. I to chyba dobrze. Więcej się ruszam, czego i Wam życzę!

A tak najbardziej to życzę sobie, Wam i całemu światu, dobrej komunikacji, ze sobą, z innymi. Dobrej i coraz lepszej komunikacji na każdym poziomie, międzyludzkim, międzynarodowym, międzyreligijnym, międzycząsteczkowym, międzykomórkowym.

piątek, 26 grudnia 2014

"little knowledge is dangerous"


Budowałem na piasku
I zwaliło się.
Budowałem na skale
I zwaliło się.
Teraz budując zacznę
Od dymu z komina.


Leopold Staff - "Podwaliny"


Kolędy powoli cichną, dzwoneczki wybrzmiewają, rytmy stają się bardziej taneczne. Przyklejona do radia przesuwam pokrętło po stacjach w poszukiwaniu pięknych dźwięków, a to chili, a to klasyczna, a to stare dobre umpa umpa, a piękna w eterze zatrzęsienie. Otoczyłam się mową hiszpańską w wydaniu meksykańskim i zauważam efekty, ciekawe jak długo się utrzymają, umocnią się czy przepadną niedługo w otchłaniach zapomnienia. Czas tańców nadciąga.


Dr. Alban - "It's My Life"



środa, 24 grudnia 2014

z pamiętnika pustelnika


Mało, zdrowo, nietypowo. Słodkie pod dachem: sztuk jeden, pod postacią soku wiśniowego do herbaty. W ramach "słodyczy" zaopatrzenie jedynie w torebkę wiórków kokosowych, ale najwyraźniej brały udział w akcji "przed świętami ludziom można wcisnąć każde g", okazały się niejadalne i skończyły w śmieciach. Nie ma nawet cukru. Zakupy świąteczne to kasza jaglana i gryczana, soczewica i fasolka, butelka oleju. I warzywniak. Akcentem świątecznym kilka mandarynek. Nie ma śniegu, nie ma bezwzględnej potrzeby posiadania choinki, której i tak nigdy nie było gdzie postawić (paprotka rządzi). Na parapecie, lodówka nieustająco nieobecna - hurra, słoiczki z bigosem świątecznym, buraczkami i ogórki kiszone tradycyjnie, nie wiem czemu ukrywać w spiżarce, toż to wspaniała dekoracja. I orzechy włoskie, cały słój. Codzienna przekąska, aż dziw, że jeszcze ponad połowa dotrwała do Bożego Narodzenia. Mnóstwo rozmów telefonicznych, życzeń, serdeczności.


Życzenia, no tak, tradycja. Życzę, by słowu tradycja towarzyszyło nierozerwalnie słowo rozsądek. By się nie zapędzić w ślepą uliczkę, a jeśli już, to by się w niej nie zaklinować na resztę życia. Mądrości, myślenia, spokoju, ogarnięcia siebie i świata wokół, harmonii, uśmiechu, zadowolenia, poczucia humoru, racjonalnego wykorzystania danego nam czasu, systematycznego oraz skutecznego spełniania, wypełniania, realizowania. Bycia tu i teraz.


sobota, 20 grudnia 2014

zaczyna się od Mikołaja...



rysunek/obraz: Marta Frej, umieszczony za wiedzą i zgodą autorki :)


Zaczyna się od Mikołaja. Mojemu ojcu w czasie służby w wojsku odcięło końcówkę palca. W przedszkolu w czasie przedświątecznej imprezki, w stroju krakowianki zasiadłam na kolanko panu z brodą w czerwonym stroju, mówili, że Mikołaj. O coś tam zza wąsów grubym głosem pytał, pewnie czy grzeczna. Mała ja, przestraszona, podekscytowana, ale przytomna. Zauważyłam, że Mikołaj nie ma końca palca i charakterystyczny paznokieć identyczny jak tatuś. A zatem, wnioskowanie proste, Mikołaj to tatuś. Upierałam się potem, że właśnie tak, że na pewno, ale wszyscy wmawiali, że ależ skąd. Nikt nie spostrzegł, że odkryłam NIEZBITY DOWÓD ;)

A potem to już z górki, co chwilę dosłownie dowiadujemy się, że znowu coś jest nie takie, jak myśleliśmy, jak nam mówiono. Świat pokazuje coraz to nowe oblicze, ludzie w teatrze życia codziennego (polecam książki Ervinga Goffmana, trochę w ciemno, bo czytałam jedną i to dawno). Teoretycznie człowiek ma zdolność uczenia się. W praktyce idzie opornie, nikt nie pomaga, nie uczy jak się uczyć. Jak spokojnie i z godnością akceptować kolejne "odkrycia", kolejne demaskacje. Kolejne, "ale ja myślałem". Żeby tylko poprzestano na niepomaganiu, a tu jeszcze przeszkód lawina. Reakcją jest zamknięcie, unikanie, chowanie, płacz i zgrzytanie zębami, doły, fochy i depresje. A wszystko ma mechanizm samonapędzający, nakręcający, raz wprawione negatywną energią w ruch nadal na tej energii żeruje i zasysa. Człowiek znajduje w końcu upodobanie w byciu zgryźliwym czy / i zdołowanym. Jak mój znajomy, którego niedawno wiekuiście żegnałam na Cmentarzu Bródnowskim. Każde "co słychać" kwitował ostatnio: "a, do dupy". Rozsiewał wokół siebie taką aurę beznadziei, że nijak nie dało rady wywołać w nim pozytywnych uczuć, chyba że procentami, a i to na krótko.

Mały człowiek stopniowo odkrywa, skąd się bierze plasterek szyneczki, jak pod skórą wyglądamy w środku, z czego robi się perfumy, skąd się biorą tak naprawdę dzieci, jak to jest na prawdziwej wojnie, co to polityka. Jak dobrze pójdzie, to tak odkrywamy przez całe życie. Są natury dociekliwe. Wiedzieć. Niektórzy wybiórczo, inni wszystko, choć wiadomo, że awykonalne. Ogarnąć, jak najwięcej. Niekończący się przełajowy bieg przez płotki ("Cywil, przeszkoda"), wiraże, jary, kamieniołomy.

niedziela, 14 grudnia 2014

doraźne wybory

 
Upodobanie do muzyki punk wyklucza mnie z grona intelektualistów, trudno ;) Nieopatrznie obejrzałam "Pod Mocnym Aniołem", a tam Jakubik Siekierę w tirze śpiewa. Wpadłam w otchłanie przeszłości i już nie wiem który raz słucham w kółko "Nowej Aleksandrii". Rzuciwszy w kąt odsłuchiwanie perełki - recitalu Daniila Trifonova z Carnegie Hall. 
 
Cienka książka w torebce rozśmiesza w najmniej odpowiednich momentach, ale słowo się rzekło, będę czytała niezależnie od okoliczności.



wtorek, 9 grudnia 2014

w przelocie





Dzieje się. Dobrze, że dzieje się. Czasem powinno dziać się, choć bez przesady. Zimno, dzianie się nie pozwala zmarznąć, bo dzieje się szybko, a ruch to energia, a energia to ciepełko. W dzianiu się jest ciasno i książki się nie mieszczą, ale przypilnuję. Pakuję jedną cienką do torebki, jutro musi się udać, będę czytała choćby siedząc na gwoździu. Jedzonko w przelocie. Bułkę kukurydzianą konsumowaną na miejskim chodniku próbowano mi odebrać. Jakieś krukowate stworzenie latające lotem koszącym próbowało wydziobać mi z ręki (mam świadka, bez niego sama bym nie uwierzyła). Musiałam schować do rękawa, udawać, że już nie ma i jeść ukradkiem, bo skrzyknięci kumple już całą gromadą dłuższą chwilę nie odstępowali.

A "život je čudo" :)

piątek, 7 listopada 2014

sto lat na piszczałce


Dziś jest pełnia (każde życzenie się spełnia?), jasność księżyca 100%. Dziś są moje urodziny.

Wybrałam się znowu na filmy w ramach 12. WJFF (Warszawski Festiwal Filmów o Tematyce Żydowskiej). Właściwie T. mnie wyciągnął. Lubię dokumenty, ale wolę je oglądać we wnętrzach mieszkalnych, z całym komfortem projekcji domowych. W torebce Kafka. Wysiadam z tramwaju, z sąsiednich drzwi przez pomost wyjeżdża dziewczyna na wózku. Na światłach czeka sporo ludzi, zielone, wszyscy ruszyli, dziewczyna na wózku też, ale mniejsze kółka wózka trochę haczyły o tory i nie zdołała pokonać całego przejścia (tory + asfalt jezdni) na zielonym. Szedł chłopak, który chciał pomóc, ale ciągnął sporą walizkę na kółkach. Złapałam jego walizkę, on wózek i poszliśmy dalej razem gawędząc o pobliskim muzeum. Chciałabym, żeby tak właśnie funkcjonował świat :) Prosto, zwyczajnie, najzwyczajniej.

W sali muzeum POLIN przysposobionej na kinową zasiadłam sama, T. poszedł jeszcze na jakiś koncert i spóźnił się na początek pierwszego dokumentu.

L'Chaim!: To Life! (Lechaim: Za życie!) w reżyserii Elkana Spillera. Facet z brodą, Chaim Lubelski, jedzie do Antwerpii, zajmie się mamą, która jest chora i w mocno podeszłym wieku. Szuka w Holandii coffee shopu. Popala sobie. Ma 63 lata, ale duszę i przeszłość hippisa. Do tego jest Żydem z całokształtem traum i obciążeń po Holokauście. Na handlu jeansami w Stanach zarobił dwa miliony dolarów, ale stracił je grając na giełdzie. Nie ma żony. Kiedy Chaim pojawia się na ekranie, rozbraja swoim sposobem bycia, swoją osobowością, skromnością. Dowiadujemy się stopniowo, że objechał świat, że zna mnóstwo ludzi i kilka języków, że doskonale gra w szachy. Właśnie o takich ludziach trzeba robić filmy. Po seansie rozmowa z reżyserem. Jest krewnym Chaima i do tej pory nie wyszedł z długów po nakręceniu L'Chaim!: To Life! Opowiada, że Chaim jest genialny, mówi w ośmiu językach, nigdy nie był w Polsce, choć mama urodziła się w Sosnowcu. On sam jest w Polsce po raz pierwszy. Mówi, że Polacy noszą w sobie jakiś smutek, choć obserwacja dopiero co pozyskana, bo jest tu dopiero dwa dni. Po akcji pytanie-tłumacz-odpowiedź-tłumacz reżyser wychodzi z sali razem z widzami. Rozgląda się, uśmiecha, sympatyczny, otwarty, więc podeszłam, a co, i podziękowałam za film i przekazałam pozdrowienia dla Chaima :) Pierwszy raz zdarzyło mi się dziękować twórcy filmu za jego dzieło i na dodatek pozdrawiać bohatera tego dzieła. Pełnia.

Total Eclipse (Całkowite zaćmienie), izraelski film artystyczny wyreżyserowany przez Samuela Maoza. W filmie występuje Jenya Dodina oraz Ohad Naharin, izraelski tancerz i choreograf. Ruch i dźwięki robią piorunujące wrażenie, nie wiadomo na początku kompletnie, o co chodzi. Z każdą sceną pojawiają się u widza coraz liczniejsze domysły, ale potem trochę się temat produkcji rozjaśnia. Tancerze. Trochę jak w "Pinie". Przypomina mi się Malczewski i, nie wiedzieć czemu, Witkacy. Wskakują z pamięci sceny z Wyrocznią z filmu "Kundun - życie Dalaj Lamy" Martina Scorsese. Jestem pod wrażeniem. Muszę zapamiętać, Ohad Naharin. 

Późno, zbieramy się do wyjścia. O, Karol! Za godzinę mam urodziny, więc Karol gra mi na piszczałce sto lat. Na sali zostaje jedna śpiąca pani. Wychodzę z muzeum z dwoma przystojniakami ;) Jemy jabłka i rogaliki. Gonimy ostatnie autobusy i tramwaje. A Łysy z nieba daje na maksa.

poniedziałek, 27 października 2014

wspomnienie weekendu


 zdjęcie: EllaDu 

Na cmentarzu pełno wyłuskanych skorup orzechów włoskich. Na drzewach rzesze łupieżców (nie, nie układam dyktanda). Rozlega się "kra..., kra..., kra...". Perswaduję im, choć pojęcia nie mam czy słuchają. Nie wiem, kruki, wrony, gawrony? Cwane bestie, w każdym razie. Odsyłam na pobliski parking, niezbyt uczęszczany, żeby tam sobie te orzechy rozłupywały.

W RDK-u koncert, recital fortepianowy, na instrumencie Yamaha nówka sztuka zagra Paweł Wakarecy. "Karnawał" Roberta Schumanna, zadedykowany przez kompozytora Karolowi Lipińskiemu. Schumann, pianista z trwałą kontuzją czwartego palca prawej ręki. Po przerwie Chopin: nokturn, mazurki, polonez i moje ukochane Lento con gran espressione cis-moll. Dwa bisy! Całość pięknie zagrana, starannie, precyzyjnie. Cudo. Szkoda, że instrument właśnie taki, a nie inny, no trudno. Po koncercie myk na górę porozmawiać z artystą, dwa słowa. Ktoś mi mówi cześć, a ja z głupią miną, nie poznaję, kto. Przedstawia się i już kojarzę, ze szkoły przecież i spoza szkoły. Kopę lat...

Nad rzeką (rzeczułką - powtarzam, to nie jest dyktando) nowa ścieżka rowerowa, obok "Cegielni" start, obok "Mleczarni" meta. Latarenki, ławeczki, starutkie strzeliste lub wdzięcznie pochylone drzewa, jak w jakimś uzdrowisku się czuję, a nie na starych śmieciach zjechanych przez lata na rowerze, wtedy jeszcze po wertepach i ścieżynkach. Kilometrów mnóstwo wiele. Ale tak ciepło, takie słońce niesamowite, do tego dzień o godzinę dłuższy, krzaczory nadrzeczne, jakieś zielska, zarośla, zapachy wymieszane. I herbatka z termosu :) Rewelacja. Więcej takich weekendów poproszę. Z góry dziękuję.

Jeszcze raz zapewniam, że to nie dyktando. Nagromadzenie wyrazów o trudnej pisowni jest całkowicie przypadkowe.


zdjęcie: xbw 

czwartek, 16 października 2014

odreagowanie


I znów wspomnienie sprzed mniej więcej dwudziestu lat. Sobota, służbowy wyjazd do Łodzi, dwa auta osobowe, lepszym jedzie szef i pracownicy, reszta w dużym fiacie, w tym ja, chyba w sumie dziesięć osób. Prowadził młody chłopak, towarzystwo rozrywkowe, śmiech i głośna muzyka. Fajny wypad, nikomu nie przeszkadza, że służbowy. Chyba był październik, jeszcze ciepło, dość dobra pogoda. Wieczorkiem powrót do Warszawy. Trochę niepokorna byłam jako pracownik, nie bałam się w słusznej sprawie zadrzeć z szefem. Ten poprosił, żebym się zamieniła z jedną z dziewczyn i jechała z nim, chciał ze mną przez drogę pogadać. Gnamy do domu, lepsza bryka wyrywa, fiat został gdzieś w tyle. Prawie pod Warszawą telefon, fiat miał wypadek, szef zielenieje, zawraca i pędzimy z powrotem. Dojechaliśmy do miejsca wypadku, zamiast fiata kupka pogiętej blachy, wokół migające światła i policjanci. Miałam tam być. Nogi się uginają, w głowie jedna myśl, co z ludźmi. Dość histerycznie pytam policjantów, czy żyją. Wszyscy na tym świecie, poodwożeni do szpitala. Pokancerowani mniej lub bardziej, ale w sumie spoko. Młoda śliczna dziewczyna z którą zamieniłam się na samochody, ma mocno uszkodzoną twarz. Po opatrzeniu będą mogli wrócić do Warszawy, część pociągiem, za nic nie chcą wsiąść do samochodu. Wracamy z kumplem autobusem. Zrobiło się późno. Jedziemy do mnie na minutkę, zabieramy czapki, rękawiczki i szaliki i pędem na dworzec, na nocny do Zakopanego. Rano prosto z pociągu w góry. Dziki spontaniczny wypad, Zakopane i Tatry piękne jak nigdy, na fali potężnego odreagowania. Na Giewont weszło się jakoś samo, pamiętam zamarznięte jagody na krzaczkach obok szlaku. Po zejściu jeszcze wędrówka przez miasto i już nocny powrotny. Prosto z pociągu do pracy, to już poniedziałek.

czwartek, 9 października 2014

szybko, coraz szybciej


Latka lecą. Przechodzę na emerycki tryb funkcjonowania. Choć mam 45. Nie lubiłam parków, tego sztucznego, pielęgnowanego jak ogród stwora. Gardziłam parkami, wolałam do lasu. Przyłapałam się na coraz radośniejszym wędrowaniu chociażby do takich Łazienek, już bez podskórnego marudzenia, że niby ok, ale co las, to las. A tam po remoncie ładnie, po prostu ładnie, estetycznie, czyściutko, harmonijnie. Tylko ktoś poustawiał jakieś żółte paskudztwa kwietne pod Chopinem, w donicach, chryzantemy chyba. Aż mi skóra cierpnie, kiedy przechodzę obok, brrr.

Dopadła mnie jakiś czas temu niemoc kręgosłupowa, znienacka, czytałam, że to kapryśna choroba. Dobrze, że w domu były przeciwbólowe tabletki i telefon pod ręką. Rwa kulszowa, lumbago, ischias - jak zwał tak zwał, połamało mnie dokumentnie. Kto nie przeżył, ten niech w błogiej nieświadomości pozostanie. Stać nie sposób, siedzieć nie sposób, chodzić czasem po ścianach trochę można powyginanym w esy-floresy, ba, ale jak wstać. Leżenie jedynie w bezruchu, ewentualnie można poruszać kończynami. A w chałupie tylko ja i paprotka. Dobrze, że miałam akurat co jeść. Wędrówka do kuchni czy łazienki mierzona w kwadransach. Chyba trzeciego dnia zrobiłam sobie rano herbatę i zostawiłam w kuchni nieopatrznie, usiadłam na chwilę i po herbatę wróciłam po trzech godzinach, no miodzio doświadczenie, kiedy pierwszy łyk picia prawie w południe. Po kilku dniach puka sąsiadka i pyta, czy mogę jej kupić bułki. No to poszłam, udało się, sobie też zaopatrzenie przyniosłam. I znowu mogłam pochorować. Szkoda, że czytanie prawie niemożliwe, w każdym razie utrudnione, każda książka za ciężka. Ale przeżyłam i dziesięć dni później byłam nawet na całonocnej imprezce. Synoczek przyjechał na krótko, pierwszy urlop, poznałam go po okularach, wszak minęło od jego wyprowadzki siedem miesięcy.

Zdarzyło mi się jechać autobusem, w kiosku pani przed nosem zaciągnęła żaluzje, w sklepach okolicznych nie ma biletów. Wsiadłam bez, bo czas naglił, w portfelu zł 2 i zł 20 w papierku. Bilet 4,40. Kierowca mnie pogonił, automat 20 w papierku nie łyknie. Patrzę litościwie po ludziach, ktoś rozmienił na 2 po 10 a ja dalej bez biletu. W końcu anioł w ludzkiej postaci (no jak często się zdarza?) mówi, że mogę jechać jako opieka tej ludzkiej postaci, bo jej (kobieta) przysługuje opiekun za free, a jedzie sama. No to się "zaopiekowałam" ;) Gadałyśmy całą drogę a przy wysiadaniu jeszcze raz aniołce serdecznie podziękowałam. Wróciłam na piechotkę, taka piękna pogoda była, że przejście per pedes z dzielnicy do dzielnicy nie wydawało się szaleństwem. Kręgosłup nawet nie pisnął. Przypomniał mi się Chodzący Herzog, Werner Herzog, który potrafi miesiącami wędrować na własnych nogach. Może zacznę go wreszcie słuchać i też zacznę chodzić, więcej i częściej. Lubię chodzić. Przeraża mnie szerząca się moda na bieganie. Też kiedyś biegałam, sama dla siebie, dla przyjemności, przeważnie o zachodzie słońca, już od czasów ogólniaka. Ostatni raz chyba z dziesięć lat temu umówiłam się na bieganie po Lasku Bielańskim z bardzo wysportowaną koleżanką. Dałam radę! Ale teraz mnie od biegania odrzuca, po cichu marzę tylko o biegówkach. Ale chodzenie zamierzam uskuteczniać, do oporu. Szkoda, że wokół tyle spalin, ludzkość jak zwykle skupia się nie na tym, co najważniejsze. A przecież wyeliminowanie smrodu z rury to nic takiego, trzeba tylko zacząć proces przejścia od świata w toksycznym smrodzie do świata ze świeżym powietrzem. Najpierw chcieć, potem zaplanować, na koniec wdrożyć, stopniowo. I już. Prawda, że proste?

Postanowiłam nie umrzeć przed setką. Nie zrobię tego mojemu synowi. Denerwuje mnie to, że jestem sierotą, od 22 lat pół i od 2 pełną sierotą. Wolałabym nie być. Móc zadzwonić do rodzica, obojętnie którego, pojechać czasem do domu. Dziś przechodził koło mnie na ulicy jakiś dorosły facet w garniturku i rozmawiał z mamą, a ja mu zazdrościłam. Taki los późno urodzonych dzieci.

Znów oglądam filmy, po raz pierwszy w życiu mam ochotę obejrzeć zaległości w temacie kino polskie. Już zaczęłam. Oglądam też taką jedną telenowelę meksykańską po portugalsku, zajmujące, polecam. Czytam namiętnie Makuszyńskiego. Może na blogu zrobi się bardziej filmowo, ale nadal książkowo.

A póki co znów mam w domu jesień średniowiecza, znowu robotnicy, rury, kaloryfery, zawory, stuki, kurze, hałasy, piłowania. Znów mi przyjdzie zespół stresu pourazowego neutralizować całymi tygodniami, choć może spróbuję szybciej się uporać, tym razem. Panowie tankują w przerwach między cięciem rur, a może tną w przerwach między tankowaniami. I nie mogę ich po prostu nie wpuścić, bo oni muszą zrobić swoje w całym budynku. Dam Wam radę, omijajcie stare budownictwo. Co z tego, że cegła i fajne grube mury.

W Lidze Mistrzyń Medyk dwa do przodu ze Szkotkami z Galsgow :) Ale F1 to będę się teraz bała oglądać. W sobotę bitwa na Narodowym, we wtorek następna. Co to będzie, co to będzie. See You Later Alligator.

wtorek, 12 sierpnia 2014

nie ma i już nie będzie


 zdjęcie: xbw

Smyka nie ma, stosunkowo niedawno zamknęli. Kupowałam w nim przez lata buty dla syna. Na dole znajdował się duży spożywczy, zmieniał nazwę, pamiętam jeszcze szyld Rema 1000. Wpadałam często, specyficzny klimat, niedzisiejszy. A teraz jeszcze Sezam zamknięty. W zeszłym tygodniu wpadłam po chałeczki, w ogóle nie zorientowałam się, że całość powoli zwijają. I gdzie ja teraz żarówki kupię? Nowoczesność w domu i zagrodzie, tylko PO CO? Lepsze wrogiem dobrego.

Wyczytałam, że na Marsie będzie się budować z cegły, produkowanej tam na miejscu, to najprostszy i najłatwiejszy sposób. Szkoda tylko, że na Ziemi powszechnie nie stosowany, tyle ludzi bezdomnych, na ulicy albo w budach, przyczepach czy kontenerach.

Zszedł był wczoraj, zdaje się, dobrowolnie, jedynie pod przymusem depresji, Robin Williams. Udało mu się przeżyć 63 lata. Przypominał mi czasem z wyglądu mojego ojca. Dziwnie teraz będzie oglądać Good Morning, Vietnam, Świat według Garpa, Fisher King, Bezsenność. Lubiłam jego role w Zdjęciu w godzinę i Między piekłem a niebem. No i Stowarzyszenie Umarłych Poetów ........................................ ....................................................................................

Przebierańcy, aktorzy Wielkiego Teatru Wschodniego, w spektaklu Pomoc Humanitarna w drodze na tournée po Ukrainie. Przewidywana transmisja wybranych fragmentów przez większość światowych stacji telewizyjnych. A Korea Północna wygrała tegoroczny Mundial.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Marsjanie to MY


"Nad zielonymi pagórkami zwisał ciężki szczerozłoty namiot lata. Powietrze drżało w upale syconym miodowymi zapachami"

Kornel Makuszyński Szatan z siódmej klasy




Które to już podpalenie tęczy? Przedwczoraj wrzuciłam świeżutkie zdjęcia, takiej ślicznej, nowiutkiej. A palmy jakoś nikt się, na szczęście, nie czepia, choć w drodze na Narodowy.

Legia Warszawa, brawo, w dwumeczu 6:1 z Celtikiem Glasgow, no, no :)

Właśnie dowiedziałam się od syna, że Ulissesa Joyce'a przerobią na grę komputerową, trafi pod strzechy. Może mnie ta zapowiedź zmobilizuje, by w końcu słynną powieść doczytać, przed laty dobiłam do 2/3 mniej więcej. Teraz trzeba od początku. No i wersje sfilmowane od razu by wypadało dodać do pakietu, a mianowicie filmy Ulysses (1967) i Bloom (2003). Nie było komputerów, Internetu, a i tak nikt Joyce'a nie czytał. Teraz to już zupełnie.

Wkręciłam się w Makuszyńskiego, no coś takiego. Ten Szatan z siódmej klasy to perełka. Warto przeczytać jeszcze raz będąc dorosłym. Książka napisana w 1937 roku. Tęsknię do czasów przedwojennych. Dziwnie się czyta, bo akcja dzieje się w polskiej wsi pod Wilnem.

Zaczęłam się dziś, chyba z tego gorąca nieustającego, zastanawiać czy niedźwiedzie latem w ogóle śpią. Cud Internetu dość szybko udzielił mi odpowiedzi na to pytanie. Bardzo ciekawy temat, sen zwierząt.

Jeszcze ciekawszy temat, to planowany lot na Marsa. Zdajecie sobie sprawę, że za naszego życia dojdzie do lądowania człowieka na Marsie? Myślę, że Marsjanie to MY, ludzie z planety Ziemia, którzy dolecieli i zasiedlili czwartą planetę od Słońca. Dopadłam fascynującą książkę o Marsie i - odleciałam :)

To może o Enigmie obszerniej innym razem (innymi razami), na razie tyle, że cieszę się z wyróżnienia naszych matematyków. Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski - opowiedzcie o nich Waszym dzieciom!

sobota, 2 sierpnia 2014

sposób na klawiaturę


Surówki i kilogramy jabłek wychodzą mi już uszami. Musiałam coś ugotować. Szósta rano to dobra pora, potem już się nie da. Odkryłam, że ogonkami od zjedzonych jabłek można doskonale czyścić klawiaturę. Jeszcze przed ósmą rano otrzymałam wieści - wygrałam w konkursie radiowym Polskiego Radia (Dwójka) płytę i teraz cieszę się wariacko. W konkursie brano pod uwagę kreatywność i oryginalność. Może tylko ja wysłałam odpowiedź.

Nie wiem, który to już raz czytam grubego Larssona, trzeci tom Millennium, tym razem pod kątem matematycznych dociekań Lisbeth, przekierowało mnie z Szatana z siódmej klasy Makuszyńskiego. Mogę tylko polamentować, że nie miałam nigdy nauczyciela, który potrafiłby dziecku przekazać w prosty sposób piękno matematyki w całej ozdobie. Ale mam przynajmniej świadomość, że matematyka jest fascynująca, choć nie mam pojęcia, dlaczego. Gorąco trochę. Wam też?

Ale dobre jedzonko zrobiłam. Kto powiedział, że w czasie upałów nie chce się jeść? Dementuję, stanowczo. Spotkałam kilka dni temu starego znajomego pod tęczą, świeżo najedzonego w jednej z licznych na Placu Zbawiciela knajpek. Brzusio podchodził mu pod brodę, a chudzielec. Na mój widok od razu zastrzegł, że szamanko było vege;) Choć nigdy nie byłam wegetarianką wojującą.

Inny stary znajomy zadzwonił z nowiną, że był w Japonii i leciał Boeningiem 777 dzień przed zestrzeleniem MH-17, mniej więcej o podobnej porze, też przez Amsterdam. Europa przestała mu wystarczać, wytrzasnął spod ziemi coś najtańszego i pozwiedzał aż do bólu nóg. Wysiadła mu raz karta kredytowa i nocował w parku, ale już następnego dnia, na szczęście, wszystko działało. Przede mną wielkie oglądanie zdjęć.

Jutro o 20.00 w radiowej Dwójce koncert Daniila Trifonova, na żywo, Duszniki-Zdrój. Wystarczy kliknąć w zielone logo stacji po prawej stronie. Z całą pewnością osobą swoją zasiądę do słuchania.

piątek, 1 sierpnia 2014

1 sierpnia 2014


zdjęcie: xbw

Jakie to patriotyczne - jedzenie jabłek. Tego typu patriotyzm uskuteczniam na co dzień, od lat. Jeśli tylko mam jakieś "wolne środki", biegnę do warzywniaka i znoszę składniki na surówki. A jabłka od zawsze mogę jeść tonami. Łatwo mi przychodzi bycie patriotką. Od rana zawisł nade mną smętek, za dużo strzępów i rykoszetów mnie dopadło powstańczych. Wdrukowane w podstawówce słowa pieśni patriotycznych zaczęły się odtwarzać automatycznie, bardziej niż u innych w moim wieku, bo utrwalane przez kilka lat występami w szkolnym chórze (niezliczone ilości akademii). I dodatkowo zeszyt do chóru sam w ręce wpadł, a w nim 42. piosenka "Pałacyk Michla, Żytnia, Wola, bronią się chłopcy od Parasola". Następna pozycja w kajeciku 43. "Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój, za każdy kamień Twój, Stolico, damy krew". Ciężko znoszę okolice pierwszosierpniowe. I mam pewność, że tak czy inaczej do wybuchu powstania warszawskiego musiało dojść, tak jak musiało dojść do bitwy pod Termopilami. Gdyby nie musiało, to by nie doszło. Howg.

Tak czy inaczej, mam nastrój coraz bardziej przeciwwojenny. Albo trafniej powiedzieć, jednostajnie i niezmiennie przeciwwojenny. Przypomniało mi się opowiadanko uwielbianego Marcela Aymé, wyśmiewające poniekąd wojenne ruchy narodów.



"Od dawna lud połdawski żył w niezgodzie z sąsiednim ludem małmuckim. Nowe spory wybuchały co chwila między dwoma wielkimi państwami, a szanse na porozumienie były tym mniejsze, że obydwa miały rację. Sytuacja była już bardzo napięta, kiedy poważny incydent dopełnił czary. Chłopczyk z Małmucji beztrosko nasikał przez granicę i zrosił terytorium połdawskie. Tego było za wiele dla połdawskiego ludu - jego honor został zbeszczeszczony i natychmiast ogłoszono mobilizację"


Marcel Aymé - "Legenda połdawska"
w zbiorze opowiadań "Przechodzimur" (Le Passe-muraille)
Książka i Wiedza 1979, tłumaczyła Maria Ochab, str. 171



Dla dopełnienia ogólnego pierwszosierpniowego idealny Rachmaninow.

Nikolai Lugansky (Николай Луганский)
Siergiej Rachmaninow - Wariacje na temat Chopina op. 22





wtorek, 29 lipca 2014

w a k a c j e


Wcinałam bób i borówki głaszcząc Brysia. Aż wykrzywiało twarz od młodych jabłek. Czytałam o muchach i bolończykach u Houellebecqa. Patrzyłam na samoloty podchodzące do lądowania lub właśnie startujące tuż nad głową lub nieco obok. Uwielbiam samoloty. Moje stopy po dziesięciominutowym marszu na bieżni wyzwały resztę mnie od głupich bab. Opalanie też nie mogło trwać dłużej niż 10 minut. I wpadła mi w ręce "Chata" Younga, książka trochę nawiedzona, miejscami mądra, miejscami zbyt amerykańska. Utknęłam gdzieś w połowie, ale jeszcze do niej wrócę, kiedyś. Miałam ochotę posłuchać Bacha, ale stanęło na MTV Dance. Zrobiłam sobie wodę z miodem lipowym. Potem ugoszczona zostałam michą sałatki wakacyjnej na zacienionym tarasie z widokiem na pola kukurydzy, nadal z samolotami. Śniło mi się, że chodzę po ośnieżonych Tatrach. Znienacka, już w innym śnie, zobaczyłam w oddali Alpy. I znowu Houellebecq, świetny fragment o Williamie Morrisie. Książki tłoczą się i rozpychają łokciami, wykrzykują jedna przez drugą "teraz ja!", muszę je mitygować. Miałam dobry trening z pieskami. Kicia zeszła była, mniej futrzaków do głaskania.

Nie jęczę, że gorąco, rozbieram się i piję herbatkę miętową. W tramwaju zepsuł się dzwonek i dzwonił niemal non stop. Niedawno na tej trasie była stłuczka, tramwaj wpadł na tramwaj i pasażerowie wylądowali w szpitalu. Więc puszczam brzęczące dzwonienie mimo uszu. Przesiadka, dalej tramwajem nie pojadę, bo tory wykopali, wraz z dzikim tłumem wsiadam do nagrzanego autobusu, który jedzie naokoło. Czy ta dziewczynka obok zemdlała? Nie, tylko śpi, ale wygląda na żywcem ugotowaną. Tata trzyma ją na kolanach, jemu dopiero musi być gorąco. Niedzielna użytkowniczka komunikacji miejskiej ze mnie. Przynajmniej jeśli chodzi o dłuższe trasy. Na północy Szwecji tak samo gorąco. Nie włączam wiadomości. Robię sobie od nich wakacje.

sobota, 24 maja 2014

późne uzupełnianie deficytów


Dzieciństwo ubogie we wrażenia i możliwości, taki kraj, takie czasy, takie okoliczności. W biblioteczce "Bardzo dziwne opowieści" Ewy Szelburg Zarembiny (prezent od rodziców na siódme urodziny), "Nowy kiermasz bajek" (baśnie i legendy Warmii i Mazur, szkolna nagroda), "Tajemnica szyfru Marabuta" Macieja Wojtyszki. I jeszcze kilka "Tytusów" nabywanych z nadzwyczaj sporadycznego kieszonkowego. Więc wchłanianie wszystkiego co w telewizorze, czasem teatr tv, czasem film, czasem lekcje języków obcych (Écoutez et répétez). Biblioteka w zbiorczej szkole gminnej. Polonistka, która kazała przeczytać, poza programem, "Faraona" Prusa. Kiedy rodzice kupili malucha (nauczyłam się natychmiast prowadzić, na rowerze nie potrafiłam jeździć, bo nie miałam roweru) i wyjeżdżaliśmy na wakacje, największą frajdą była długa podróż, mniej stacjonowanie w jakimś turystycznym punkcie. Raczej szaro i bezbarwnie, monotonnie, jednostajnie, ilość bodźców kroplą w morzu w stosunku do zapotrzebowania. To był jakiś letarg. Szkoła średnia i harcerstwo, do którego za nic bym nie wstąpiła, gdyby to nie była drużyna wodna. Granatowe twarzowe bluzy i nauka żeglarstwa połączona z wyjazdami nad jezioro. W pierwsze licealne wakacje obóz żeglarski i zdobycie patentu żeglarza jachtowego, szanty, węzły i tęsknota za Omegą. Wesołe wspomnienia z porannego wrzucania do wody prosto z łóżka, w ciuchach, w swetrach (nauczyłam się pływać w tempie błyskawicznym), chrzest wodniacki i nowe imię Zawszona Wanta. Ale kiedy zostałam wytypowana przez drużynę na prawdziwe pływanie, rejs dwutygodniowy non stop, rodzice powiedzieli NIE. I tak skończyło się moje żeglowanie, rejs jachtem ustawiłam na półce. Obok stoją: lot w kosmos, podróż koleją transsyberyjską, zanurzenie na okręcie podwodnym czy rejs transatlantykiem. Ale marzenia nie wyginęły, cały czas siedzą, czają się, w pełnej gotowości. Aktywują się niespodziewanie. Kiedy tylko zaczęłam oglądać "Na koniec świata" (To the Ends of the Earth) pofrunęłam momentalnie na bocianie gniazdo za wzrokiem głównego bohatera płynącego z Anglii do Australii, a w pierwszych minutach serialu usłyszałam, że śpiewam szanty, na głos. Teraz czytam Goldinga, literacki pierwowzór Noblem nagrodzony i czuję się jak za młodu, kiedy był najwłaściwszy czas na tego typu lektury. I nadrabiam, i uzupełniam, a radochę mam bezkresną jak morski horyzont.

I okazuje się, że choć William Golding "Rites of Passage" napisał w 1980 roku, to nie mogłam przeczytać nieprzetłumaczonej, niedostępnej w kraju książki (Nobel i sława od 1983 roku), a nawet gdyby jakoś się dostała w moje ręce, to językowo edukowano mnie systemowo jedynie w przymusowym rosyjskim, a od szkoły średniej także w niemieckim (jedynym "do wyboru" w jedynej szkole średniej w mieście). Moje, ostatnio często praktykowane, motto życiowe, stare, dobre, mądre, ponadczasowe: Lepiej późno niż wcale. Czego i Wam życzę.