Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 listopada 2014

"Requiem ludowe" - premiera


Naprawdę bardzo dziwnym trafem, bez cienia premedytacji, znalazłam się wczoraj w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego. Znajoma gdzieś szybko w biegu namawiała, żebym koniecznie przyszła, że Strug i coś niesamowitego. Wyczytałam potem, że nie będzie to recytacja wierszy poety Andrzeja, ale występ pieśniarza Adama Struga. Ponieważ blisko mam i lubię sobie do S-1 pojechać nawet bez powodu, byle pobyć, pospacerować w okolicy (są takie miejsca ze specjalną niecodzienną atmosferą), wpadłam powiedzieć znajomej "cześć" i życzyć miłego koncertu. W planach miałam zakończenie WJFF. Ale niestety ;) Dobra kobieta miała dla mnie bilet gdzieś wydzwoniony i z założenia do oddania komuś. I daję słowo, bilet się nie zmarnował. Koncert wchłonęłam na wszystkie możliwe sposoby. Dziś sobie odtwarzam w głowie, co prawda nie dźwięki wygrywane przez Kwadrofonik, ale te śpiewane przez Adama Struga lekko zawodzącym głosem, jak dusza z zaświatów. Koncert był całością bez przerw, cyklem dotyczącym śmierci, odchodzenia. Takie głosy zza grobu, przejmujące. Wokal niespotykany. Sala wypełniona po brzegi.

Kwadrofonik to Emilia Sitarz, Bartek Wąsik, oboje grający na fortepianach oraz Magdalena Kordylasińska, i Miłosz Pękala grający na instrumentach perkusyjnych.

Na FB znalazłam opis tego wydarzenia:
Requiem Ludowe (...) - najnowszy projekt zespołu Kwadrofonik inspirowany muzyką tradycyjną, do którego kwartet zaprosił znawcę tematu, śpiewaka - Adama Struga. Tym razem kwartet mierzy się z polską ludową muzyką żałobną, odnajdując w niej pierwiastek śmierci zawarty w melodiach i słowach pieśni towarzyszących ludowi w chwilach ostatecznych. Dzięki wyjątkowemu instrumentarium i interpretacjom Kwadrofonik i Adam Strug tworzą opowieść o odchodzeniu, i o tym, co może nas spotkać „po tamtej stronie”.


poniedziałek, 27 października 2014

wspomnienie weekendu


 zdjęcie: EllaDu 

Na cmentarzu pełno wyłuskanych skorup orzechów włoskich. Na drzewach rzesze łupieżców (nie, nie układam dyktanda). Rozlega się "kra..., kra..., kra...". Perswaduję im, choć pojęcia nie mam czy słuchają. Nie wiem, kruki, wrony, gawrony? Cwane bestie, w każdym razie. Odsyłam na pobliski parking, niezbyt uczęszczany, żeby tam sobie te orzechy rozłupywały.

W RDK-u koncert, recital fortepianowy, na instrumencie Yamaha nówka sztuka zagra Paweł Wakarecy. "Karnawał" Roberta Schumanna, zadedykowany przez kompozytora Karolowi Lipińskiemu. Schumann, pianista z trwałą kontuzją czwartego palca prawej ręki. Po przerwie Chopin: nokturn, mazurki, polonez i moje ukochane Lento con gran espressione cis-moll. Dwa bisy! Całość pięknie zagrana, starannie, precyzyjnie. Cudo. Szkoda, że instrument właśnie taki, a nie inny, no trudno. Po koncercie myk na górę porozmawiać z artystą, dwa słowa. Ktoś mi mówi cześć, a ja z głupią miną, nie poznaję, kto. Przedstawia się i już kojarzę, ze szkoły przecież i spoza szkoły. Kopę lat...

Nad rzeką (rzeczułką - powtarzam, to nie jest dyktando) nowa ścieżka rowerowa, obok "Cegielni" start, obok "Mleczarni" meta. Latarenki, ławeczki, starutkie strzeliste lub wdzięcznie pochylone drzewa, jak w jakimś uzdrowisku się czuję, a nie na starych śmieciach zjechanych przez lata na rowerze, wtedy jeszcze po wertepach i ścieżynkach. Kilometrów mnóstwo wiele. Ale tak ciepło, takie słońce niesamowite, do tego dzień o godzinę dłuższy, krzaczory nadrzeczne, jakieś zielska, zarośla, zapachy wymieszane. I herbatka z termosu :) Rewelacja. Więcej takich weekendów poproszę. Z góry dziękuję.

Jeszcze raz zapewniam, że to nie dyktando. Nagromadzenie wyrazów o trudnej pisowni jest całkowicie przypadkowe.


zdjęcie: xbw 

piątek, 29 marca 2013

"Metamorfozy"





Sms od koleżanki, nie melomanki, ale pracuję nad tym, włącz Kulturę, leci na żywo wielkanocny festiwal beethovenowski. Włączam Kulturę, no coś tam leci z Filharmonii Narodowej. Słucham jednym uchem Brahmsa, ale jakoś nie mogę przestać i wrócić do lektury dość głupawej książki, którą czytam przez przypadek i chyba przez pomyłkę. Zaczyna się kolejny utwór, drugi koncert skrzypcowy "Metamorfozy" Krzysztofa Pendereckiego, na skrzypcach młody jeszcze, niezbyt znany Jarosław Nadrzycki. Orkiestra z Lipska, MDR, dyryguje Estończyk Kristjan Järvi, brat słynnego Paavo. Nie lubię skrzypiec, nie słucham muzyki współczesnej, nie przepadam za Pendereckim. Ale od "Metamorfoz" nie mogę się oderwać, młody skrzypek snuje spod smyczka takie piękno, że podążam jak w transie, w obłoku dziwnych dźwięków wydawanych przez instrumenty muzyków ze sceny. Summa summarum - zaczarowali mnie.

Penderecki skomponował "Metamorfozy" w 1995 roku dla Sophie Anne Mutter. Może dlatego tak chętnie wysłuchałam, bo akurat Sophie Anne Mutter bardzo lubię, wyjątek. Wykazuję się dosyć słaba tolerancją jeśli chodzi o skrzypce, stanowczo wolę fortepian. Kiedyś słuchałam romantyków rosyjskich, potem Mozarta, jeszcze później Rachmaninowa, po nim Chopina. Muzykę współczesną zawsze uważałam za skrajne szaleństwo żywcem wyjęte z głowy obłąkanego melomana, narastający niepokój  nie do wytrzymania. Przy "Metamorfozach" przełamałam się jak Lewandowski w meczu z San Marino. Zaczynam iść szerokim pasmem obejmującym powoluteńku muzykę dwudziestego wieku. A najważniejsze pozostaje wykonanie.

Kristjanowi opadała ciągle grzywka (zaleta transmisji tv, w sali koncertowej widać tylko plecy dyrygenta), poprawiał ją sobie co chwilę, a ja cała w strachu, że ktoś z orkiestry niewłaściwie zrozumie gest i zafałszuje.





niedziela, 2 września 2012

bunt na koncercie


Kiedy tylko mogę, staram się wyciągać w niedziele znajomych, kogo się da, do Łazienek, na Chopina. Dziś nie udało mi się, więc wybrałam się sama, a w dzikim tłumie po koncercie natknęłam się na Ewę, koleżankę "od Daniila" :)

Dziś grała Karolina Nadolska, z którą zetknęłam się przelotnie na zeszłorocznym festiwalu w Dusznikach. Brała udział w Nokturnie, wystąpiła z dwoma utworami Paderewskiego. Nie było fajnie na tym nocnym koncercie wg moich kryteriów fajności, Karolina pojawiła się gdzieś pomiędzy sławami i kolejnymi lampkami wina, jak kropeczka na bogatym wzorze, nie lubię takich miksów. Nie zarejestrowałam więc jej występu w ogóle.

Ale dziś było monotematycznie a i występ solowy, tylko sama Karolina hen za wodą. Bo od jakiegoś czasu trwa remont okolic pomnika Chopina i koncerty odbywają się "na wodzie", w Amfiteatrze na wyspie. Po zapowiedzi szczegółowej występu zapadła cisza niemal idealna, słychać było tylko szum fontanny, Karolina zasiadła do fortepianu i - zakwakała kaczusia, na całe swoje kacze gardziołko. Ale potem już był piękny, zagrany z namaszczeniem Walc Es-dur op. 18, nokturn i mazurki. Potem dwie pieśni oraz Andante spianato i Wielki Polonez. Grała nie za szybko, nie kładła nacisku na wirtuozerię, ale na przekaż, co udawało się momentami znakomicie, duch Chopina unosił się i kiwał głową z aprobatą. Jeśli będziecie mieli okazję posłuchać kiedyś Karoliny Nadolskiej to skorzystajcie, nie będzie to czas stracony. Szkoda, że podłoże twarde i bezoparciowe, dłużej niż godzinę byłoby trudno wytrzymać, nawet przy tak pięknie brzmiącym Fryderyku...


Rozpieszczona ze mnie niunia, sofy puchowej się mnie zachciewa.

Nie mnie, tylko mojemu szkieletowi, znaczy się, kręgosłupowi z przyległościami, to on się buntował, nie ja!

Czego i Wam życzę. No, licznych koncertów chopinowskich w okolicy, nie buntu kręgosłupa.


sobota, 1 września 2012

finałowy zgrzyt :(


Wczoraj.
Agnieszka mnie wyciągnęła na finał festiwalu "Chopin i jego Europa" (ChijE), inaczej oglądałabym mecz Chelsea Londyn - Atletico Madryt. Ale wdzięczna jestem ogromnie, zebrałam bagaż niezwykłych doświadczeń. Cudnie się zaczęło. Debussy i La mer, Sinfonia Varsovia i Jerzy Maksymiuk w formie. Orkiestra przepięknie zagrała, każdy dźwięk bajkowy, czułam się wciągana w inną rzeczywistość jak w w wir, bez możliwości wydostania się. Finał może i był głośny, ale nie ogłuszający, choć siedziałam pod samym podium dla orkiestry, coś pięknego i energetyzującego, prawie tak, jak rzeczywisty pobyt na morzu/nad morzem. "Spod ziemi" wynurzył się fortepian i Dmitri Alexeev, zwycięzca konkursu w Leeds z 1975 roku, wykonał koncert fortepianowy D-dur Ravela na lewą rękę. Mówi się, że w dwóch tkwi siła i moc trzech, zgadzam się z tym. Uważam też, że odwrotnie, dwóch podzielonych na pół jest osłabionych do 1/3 mocy, i widzę przełożenie tego zjawiska na grę jedną ręką na fortepianie. Skutkiem takiej gry jest pozbawienie co najmniej 2/3 wartości utworu. (No jeszcze jakaś krótka forma ewentualnie ok, ale koncert fortepianowy?) Osoby posiadające obie dłonie nie powinny wykonywać utworów na jedną rękę, howg. No ale skoro już, to to co "nam dano" czyli skromną jednoręczną "kolacyjkę", bo nie ucztę, oceniam pozytywnie, jak na pierwsze usłyszenie zupełnie nieznanego wykonawcy. Ciężko słuchać kogokolwiek, po jeszcze w uszach brzmiących dźwiękach Trifonova na żywo, ta jego precyzja i staranność tak zawyżyły mój próg odbioru, że to aż uciążliwe, ale nie narzekam ;) Więc troszeczkę na tego Ravela pokręciłam nosem, gdybym tak wiedziała co mnie czeka po przerwie.. Bardzo ciekawa Walentyny, ze sporymi oczekiwaniami brzmienia jej interpretacji na żywo, życzliwie nastawiona trwałam wyczekująco. Sinfonia Varsovia zaczęła e-molla cudownie, jak z płyty, ale nic w tym dziwnego, jaka orkiestra miałaby grać najpiękniej koncerty Chopina, jak nie nasza? Rozmarzyłam się, wzniosłam się, zniknęłam z rzeczywistego wymiaru ale szybciutko już pierwsze dźwięki Lisicy wywołały otrzeźwienie i zaniepokojenie. Co jest? No, może to trema. Ale nie była to, niestety, trema. Kobieto, czy Ty nie wiesz, gdzie grasz? W jakim kraju jesteś? To POLSKA, e-moll to świętość niemal, tu dopiero co był rok chopinowski, konkurs chopinowski, co chwilę ktoś gra ten koncert na profesjonalnym poziomie w sposób albo idealny albo bliski ideału, może z kilkoma niewielkimi wpadkami. A Walentyna zagrała biegle, owszem, ale tak, jakby to była jej pierwsza lekcja przy nauczycielu, wymagająca doszlifowania kilkumiesięcznego pod czujnym uchem jeszcze. Brzmiało, jakby SAMA się z nut nauczyła. Koncert był odbębniony, ODPLUMKANY, a gdzie bel canto, ja się pytam?! To był przykład, jak absolutnie nie powinno się grać. Nutki były chyba dodawane, choć tu może się mylę, nie znam się. Nutki były klepane jak leci, byle szybko. Nie zdążyły wybrzmieć, nie mówiąc już o ich jakimś dopieszczeniu, różnicowaniu. Najgorsze dopiero miało nadejść, Walentyna się posypała. Zupełnie straciła głowę i kontrolę, próbowała cichutko improwizować, odnaleźć rytm i właściwe klawisze, naciskać cokolwiek, byleby współbrzmiało z orkiestrą. Orkiestra z pokerową miną grała, ale ile można, minutę, dwie, a Lisica w lesie. W końcu i orkiestra zgłupiała i zbiorowo łypnęła na dyrygenta, "czy ja mam grać?" Na szczęście nadszedł dobry muzyczny moment na "restart" i od pewnego momentu "chycili" wszyscy wespół i kontynuowali już "spójnie", co nie znaczy, że już było ok. Walentyna się trochę więcej myliła, niestety do tych wszystkich mankamentów jeszcze fałszowała. Drżałam o Larghetto, ale przeszło w miarę bezboleśnie, ale czaru na nikogo chyba nie rzuciła. Powiedzmy, że dało się słuchać bez wbijania paznokci w fotel. Czekałam na finał przygotowana, że znów nastąpią ciche chwile przy fortepianie. Ale już do końca paluszki biegały szybciutko i sprawnie, niemniej po łebkach, byle nacisnąć klawisz (z fałszami i pomyłkami oczywiście), ale to przecież nie o to chodzi ani w Chopinie, ani w ogóle w muzyce. Orkiestra grała profesjonalnie, widać było, że muzycy dawali z siebie 200%, jakby starali się jakoś pokryć deficyty, wyrównać, zadośćuczynić, zwłasza w momentach kiedy grali sami (zgodnie z partyturą). Solistka - katastrofa. Żenada. Na jarmark z takim graniem, nie na finał prestiżowego festiwalu. Na YT i tylko tam. Chyba, że ktoś weźmie Lisicę na warsztat i poduczy. Potencjał ma ogromny, tylko czy jej "manierę" da się jeszcze w ogóle "wykarczować"? Ach, jeszcze bisy. Ave Maria było jakoś tak bardzo nie na miejscu. Z jakimś takim weselnym "zaciąganiem". La Campanella, podobnie jak finał koncertu, odegrana sprawnie technicznie ale na zasadzie szybkiego odbębnienia, z pomyłkami, zgrzytami, fałszami. Otworzono z charakterystycznym stukaniem drzwi wyjściowe z sali, ale brawa były (ja je biłam dla orkiestry, która wciąż na scenie) i Walentyna wyszła na trzeci bis, niestety chopinowski. To chyba wtedy zapałałam największą sympatią dla Julianny, tak bardzo chciałabym przynajmniej jej teraz posłuchać, zatęskniłam za jej starannością, precyzją, dokładnością, pielęgnowaną grą, sprawnością za którą stoi profesjonalne zaplecze. Na bisowany nokturn już stuliłam uszy, były jakieś momenty warte wysłuchania, ale ja już byłam tak zła i wkurzona, no i przy okazji śpiąca, że już chciałam się wydostać z tej sali tortur. Przypomniałam sobie, że nie wolno mi się denerwować, bo i po co, noc taka piękna, jeszcze ciepła, spacer przed snem dobrze zrobi każdemu. Nie jestem złośliwa, jestem obiektywna. Z pewnością jako człowiek Walentyna jest uroczą istotą, ale nie jest profesjonalnym muzykiem, powinna iść do szkoły i uczyć się długo i namiętnie.

Tak się jeszcze zastanawiam, jak wyglądała próba z orkiestrą przed koncertem, czy była jakaś zapowiedź katastrofy?


Na stronie NIFC Walentyna nie ma nawet notki biograficznej w języku polskim. Chyba ktoś się za bardzo z czymś pospieszył. A nawet nie ktoś, ale wielu.


środa, 29 sierpnia 2012

Przeniknięta


Próbuję żyć dniem dzisiejszym, ale nie wychodzi. Nic dziwnego, byłam wczoraj na koncercie Daniila Trifonova, wspomnienie wzięło mnie całkowicie w posiadanie i tkwię jeszcze w studiu koncertowym prawie całą sobą. Po zeszłorocznych szaleństwach, a rozbijałam się na prawo i lewo po filharmoniach i salach koncertowych, w tym roku Baba Jaga zakrzywionym paluszyskiem kiwa, że nie, basta. Postanowiłam odpuścić więc całkowicie tegoroczny festiwal "Chopin i jego Europa", omijać z daleka, by nie żałować. Aż tu nagle spada mi z nieba Katsaris, Valentina (będzie pojutrze), no i wczoraj Daniil. Poszłam właściwie tylko spotkać się ze znajomymi przed salą koncertową, nie mając biletu ani nadziei na wejście. Grzecznie jednak, co mi szkodzi, ustawiłam się w kolejce po wejściówki. Koncert miał rozpocząć się lada moment, nadal nie było wiadomo czy w ogóle wejściówki będą, ludzi masa, mnóstwo wiele. Nagle zostałam wyrwana z kolejki, dostałam bilet do ręki i znalazłam się oniemiała w środku, jak dokładnie, sama nie wiem, zadziałał los i przeznaczenie ;) W każdym razie - OGROMNE DZIĘKI! Przycupnęłam sobie tuż przy fortepianie, bo przecież lubię także widzieć. Zaczęło się. Wszedł Daniil z młodzieńczą (zabawną!) powagą na twarzy i zaczął III Sonatę Scriabina. Każda nutka starannie wyartykułowana, każda jedna trafiała do mnie jak w dziesiątkę, jakby istniała tylko i właśnie dla mnie. Nigdy wcześniej, a byłam już na sześciu koncertach Trifonova i niezliczonej ilości innych wykonawców, nie doznałam tego uczucia. To było jak "wstrzelenie się" statku kosmicznego w korytarz wtargnięcia, pod precyzyjnie określonym kątem, w warstwę atmosfery, jedynym możliwym, by nie spłonąć. Dźwięki docierały do mnie jak nigdy wcześniej. Czy już zawsze mam się spodziewać, że każdy kolejny koncert będzie zupełnie niezwykłym i nowym przeżyciem, coraz wyższym stopniem wtajemniczenia? Wcześniej słuchałam Scriabina po macoszemu, nadal go dobrze nie rozumiem, ale WIEM, że Trifonov mi go w końcu całkowicie przetłumaczy, jako że należy, obok Chopina, do jego ulubionych kompozytorów. Wczoraj, mimo że siedziałam tuż przed podniesioną klapą fortepianu, a artysta nie żałował "strun", byłam trochę zmęczona, no i zaczynała boleć mnie głowa, to ten Scriabin poprzez Trifonova objawił mi się dzikim nierozpoznanym pięknem, którego rejon będę eksplorowała nieustająco. Oprócz "bombardowań" były w sonacie tak piękne momenty, że z pewnością wkrótce zaczną odtwarzać się w mojej głowie w najmniej oczekiwanych momentach, na przykład podczas zmywania :) 

Następny był Medtner i Skazki, już mi znane i ogromnie lubiane. Nimfy siedziały przy źródełku, woda pluskała i bajkowe ciepełko grzało i jasność otaczała, mimo panującego w studiu półmroku. Zmiana nastroju, ale w sumie nie tak wielka. Ognisty ptak Strawińskiego był porywający, podrywający, nadal każda nutka staranna i przepiękna, żadnej bylejakości w graniu, żadnych omyłek i wpadek. Po gorących brawach przerwa na ochłonięcie i przestudzenie emocji oraz przesiadkę kilka rzędów wyżej. Trochę żałowałam, że nie będę już tak dobrze widziała, ale niepotrzebnie. Z góry miałam widok na DŁONIE, no i dźwięk idealny. Dopiero co rozpracowywany przez Trifonova Debussy i Images (zeszyt I) wyszemrany idealnie. I najważniejszy moment dla "zarażonych" po ostatnim konkursie chopinowskim, Etiudy op. 25. choć słyszałam je już wcześniej, na żywo, w transmisjach, odtworzeniach idących w dziesiątki, to i tak mnie ścięło z nóg. Za to chyba Polacy tak uwielbiają Trifonova, za ten sposób wyrażania Chopina, taki nierosyjski, taki bardzo "nasz". Młody pianista najwyraźniej rośnie i dojrzewa muzycznie, gra te etiudy wciąż lepiej i lepiej. Jeszcze nie słyszę tej "harmonii" unoszącej się w powietrzu przy odegraniu całego cyklu, jak wtedy kiedy gra na przykład Geniusas, ale i ta pewnego dnia zawiśnie nad fortepianem Daniila. W każdym razie musiałam sobie założyć uprząż na emocje i z całej siły trzęsącymi się dłońmi ściskać cugle. I ciągle mrugałam, by "wycieraczki" zgarniały mżawkę, aby wyostrzyć widok na te niezwykłe dłonie, czyli to co stanowczo najpiękniejsze w Trifonovie ;) Przygwożdżona etiudami, także tymi trzema z op. 10 na bis (w trzeciej "najpiękniejszy motyw muzyczny Chopina") poderwałam się na nogi po transkrypcji Uwertury Straussa do Zemsty nietoperza (dłonie tylko śmigały, wzrok nie nadążał z rejestrowaniem wszystkich uderzeń w klawisze), podobnie jak reszta sali. Na stojąco, potężnymi oklaskami publiczność pożegnała Młodego, do nieuniknionego następnego razu. Jeszcze tylko balszoje spasiba, już bez awtografu - Daniil chyba powoli przestał rejestrować z kim i o czym rozmawia, tak wielkie było zamieszanie wokół jego osoby :)

I pojechałyśmy z Joanną i Agnieszką na kawę, postawiono przede mną herbatę z cytryną i sokiem malinowym, idealną na po-koncercie-Daniila. Dopiero przy tym napoju zaczęłam odczuwać, wraz z chłodem wieczornym realność świata wokół stolika pod parasolem na Rakowieckiej. Emocje, opadając, porządkowały się, wrażenia docierały do świadomości. Trochę później w domu wysłuchałam jeszcze najnowszego wywiadu Trifonova. Już wkrótce w jego wykonaniu preludia Chopina, II koncert fortepianowy Prokofiewa ! :) :) i III koncert fortepianowy - Ta Dam - Rachmaninowa. Ta chwila musiała nadejść. I tylko kwestią czasu pozostaje, kiedy wysłucham tej niesamowitości na żywo. Mam nadzieję, że będzie w pobliżu sali koncertowej karetka.

Czego i Wam życzę.
To znaczy tak intensywnego przeżywania muzyki, nie karetki! :)


czwartek, 23 sierpnia 2012

pokoncertowe wspomnienia


Cyprien Katsaris to ulubiony wykonawca "znajomego z sieci" :). Nie wybierałam się na koncert, choć chciałam, na zasadzie: "En la vida no hay tiempo (y dinero) para todo"*. Chciałoby się między innymi polecieć na księżyc albo przynajmniej w kosmos, no choć samolotem, balonem. Chciałoby się przeczytać wiele książek, obejrzeć setki filmów, wysłuchać tego całego istniejącego ogromu muzyki, no i być na wielu koncertach. Zaproszenie na koncert Cypriena Katsarisa spadło nagle z nieba, dziękuję! :) Nawet nie zdążyłam przeczytać programu.

Maestro grę rozpoczął "od siebie", tzn. chyba od własnych kompozycji, sądząc po programie, z którym zapoznałam się PO koncercie. Pierwsza połowa to było nieustające szemranie, plumkanie, ptasi świergot, trele i ogólnie wiele radości. Sielanka, może dwa czy trzy razy przerwana głośniejszymi momentami. Miałam więc pasmo muzyczne "anonimowe", nie wiedziałam kto skomponował i było mi z tym nadzwyczaj dobrze, Wszystko było jakby jedną kompozycją. Niezwykła artykulacja dźwięku przede wszystkim, coś wspaniałego. Słyszałam cymbały! Maestro był przesympatyczny, od czasu do czasu zagadywał publiczność, a to, że gorąco, że klimatyzacja nie za dobrze działa, a to, że nie podobało mu się jak on sam zagrał. Przecierał czoło chusteczką, przekładał stosy nut i troszkę chyba robił specjalny show, jego zachowanie było lekko zabawne ale w sposób kontrolowany, uroczy. Budziło sympatię i uśmiech, przybliżało artystę i publikę. Wszyscy chyba bez wyjątku siedzieli w dobrych humorach, muzyka płynęła harmonijnie, bez szarpania, bez "zgrzytu" (co nie jest takie oczywiste, nawet w przypadku znanych artystów). Aż może ciut za monotonnie się zrobiło, zresztą, co kto lubi. Po przerwie Chopin. I trochę zdziwienia i odmienności od tego co "wgrane" w nasze polskie głowy. Większość przepięknie "wygrana", ale były też jakby obszary muzyki "martwe", zapomniane, pominięte, ograniczały się do kilku nutek od czasu do czasu, ale mnie to trochę "raziło". Largetto koncertowe z drugiego koncertu f-moll wyrwane z kontekstu i bez orkiestry trochę mnie zszokowało, ale było tak piękne, że nawet zagrane nieco odmiennie od moich oczekiwań zachwyciło. II koncert fortepianowy Liszta bez orkiestry zupełnie mnie zdezorientował, choć jeden ze środkowych momentów zagrany został wzorcowo, usłyszałam idealną harmonię i idealne piękno. No i po takiej potężnej dawce szemraninki ten Liszt zupełnie mi nie pasował. Jakkolwiek zagrany był ciekawie i bardzo dobrze, to jednak z takim graniem muszę się oswoić, stopniowo wysłuchać kilka razy, co w warunkach "live" jest nierealne, no, chyba, że zawrę kiedyś bliższą znajomość z jakimś "fortepianistą". 

Po koncercie artysta wyszedł do publiczności, by pogawędzić, pouśmiechać się, złożyć autografy. Przed wejściem do sali koncertowej jest takie stoisko z płytami i książkami, właśnie za nim stanął maestro, bardzo właściwie, bo trochę nieprzyjemnie w byle jakim wąskim korytarzu za sceną, oby zwyczaj się utrwalił!

* W życiu nie ma czasu (i pieniędzy) na wszystko"


niedziela, 19 sierpnia 2012

po recitalu






zdjęcie: xbw

Och, jak ja bardzo lubię fortepianowe recitale. Kiedy w jakimś studiu koncertowym stoi na środku wielkiej sceny fortepian z podniesioną klapą, przy klawiaturze siedzi artysta i szemrze sobie a muzom, nie dekoncentrując się cichutką jak myszy pod miotłą publicznością, Chopina, Schuberta, Griega. Coś nieprawdopodobnie przyjemnego. Dziś na festiwalu Chopin i jego Europa grał Cyprien Katsaris, a ja sobie cichuteńko siedziałam na wysokościach i słuchałam w zadowoleniu. Nie wpadałam w ekstazę, w euforię ani nic na kształt. Było miło, dobrze, sympatycznie, nie było fałszów, zgrzytów. Harmonia. Spokój. Wszystko było na swoim miejscu.

A na koncercie w Studiu im. Witolda Lutosławskiego znalazłam się przez kompletny przypadek, w sposób niezamierzony. Jednak los potrafi skierować tam, gdzie człowiek chce, ale myśli, że nie może.



niedziela, 8 lipca 2012

Chopin w Łazienkach


Dawno na koncercie nie byłam. Nie mam wyboru, od czasu do czasu muszę. Dziś przyciągnęło mnie do Łazienek. Paweł Wakarecy grał "pod Chopinem", piękny dźwięk fortepianu Kawai i doskonała gra tego młodego pianisty. W sumie "stary znajomy", w zeszłym roku byłam na jego koncercie w Pałacu na Wodzie, potem w Dusznikach, miałam sposobność kilka razy zamienić z nim parę słów, także w niepokoncertowych warunkach. Bardzo sympatyczny człowiek. Jeśli będziecie mieli okazję być na jego koncercie, to nie ma miejsca na rozważania, iść czy nie. Na żywo brzmi rewelacyjnie. Byłam obojętna i niezdecydowana po ostatnim konkursie chopinowskim, ale po pierwszym wysłuchaniu bezpośrednim zostałam gorącą wielbicielką interpretacji Pawła Wakarecego. Wspaniale słuchało się dźwięków muzyki Chopina wydobywających się spod palców mistrza, między różami, w trakcie upalnego lata, na łonie natury, pośród szelestu liści, z wietrzykiem wiejącym w twarz. I myślałam sobie o zdjęciach pól i łąk robionych świtem przez pianistę. Tak, słychać te wyprawy w jego grze, w mazurkach na przykład.

Dziś w tym samym miejscu grała także Justyna Lechman, na zdjęciu poniżej. Także warto było posłuchać, choć już nie z aż takim zachwytem.


zdjęcie: xbw

niedziela, 27 maja 2012

Noc w Operze Kameralnej

Zachciało mi się Mozarta posłuchać. A wczoraj Noc Mozarta była, bezbiletowo, więc się wybrałam. Zawsze miło posłuchać ulubionych arii z Czarodziejskiego fletu, z Don Giovanniego. No w ogóle, że Wolfgang Amadeusz wielkim/największym kompozytorem był, nie ulega. Kibic we mnie nie puścił mnie wcześniej, bo meczyk w TV leciał, Polacy grali, no jak nie obejrzeć. Ale kiedy tylko sędzia odgwizdał koniec, wygrana ze Słowacją 1:0, pognałam w te pędy w stronę Placu Bankowego i Warszawskiej Opery Kameralnej. Kolejka była na kilka godzin stania, niemal pod Bankowy. Pokręciłam się trochę smętnie, czy kto znajomy nie stoi bliżej drzwi popatrzyłam. Wchłonęłam atmosferę, zerknęłam w górę na piękne drzewa obrastające skwerek przyoperowy i zamiast zebrać się do chałupy i obejrzeć X-Factora, no bo przecież nie Eurowizję, bo w tym roku nas nie stać na transmisję, to nabrałam ochoty i przegoniłam podszepty rozsądku. Ustawiłam się w kolejce, która w międzyczasie urosła o jakąś godzinkę-półtorej. Stało się dobrze. Ale o zachodzie słońca dopadło mnie rozdziewające ziewanie. Byłam dzielna jak druhna drużynowa i mimo bolącego kręgosłupa nawet nie jęknęłam. Nagroda przyszła wkrótce, jakiś miły pan podszedł do kolejki i rozdał nam kilka wejściówek na 22.50. Wkrótce moja kolejka dosięgnęła pobliża drzwi i otrzymała wystane upragnione wejściówki, tym razem na 23.25. Dwukrotnie pod rząd zasiadłam więc na sali by wysłuchać, raz z balkonu a raz z pierwszego rzędu fragmentów Wesela Figara i Cosi fan tutte. Rewelacja. Dzikie tłumy, na zewnątrz ale i w środku, mimo wejściówek ludzi było więcej niż miejsc. Atmosfera niezapomniana. Muzyka słodka i piękna, raj muzyczny. Szkoda, że nie miałam już siły zostać do końca, na Eine kleine Nachtmusik i Don Giovanniego, kolejka była już sensowna, Warszawiacy wymiękli, zostali najbardziej zagorzali i wytrzymali.

We wtorek, pojutrze, na Krakowskim Przedmieściu Requiem Mozarta, w środku dnia. Tego już chyba żadne Media nie przeoczą.