Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

czwartek, 7 marca 2013

Powrót



40

Powrót jest zaczynem Drogi,
Dokąd wiedzie słabość.
Z tego, co jest,
Świat rzeczy się zrodził,
A to, co jest, rośnie,
Odwracając się ku temu,
Czego nie ma.  



Lao-Tsy "Droga"


środa, 6 marca 2013

Rrr


Rehabilitacja, rentgen, rezonans, oRtopeda, neuRolog, a mnie plecki jak bolały, tak bolą. Rrr, wrr. Trochę zła zaczęłam być. I nikt mi, oprócz garści proszków przeciwbólowych, których najzwyczajniej nie brałam, nawet na długi koncert w filharmonii (znieczuliło mnie przednie towarzystwo i muzyka), niczego konstruktywnego nie zaproponował. Aż do teraz. Seria zastrzyków z alternatywą doustną. Z nadzieją, że żołądek wytrzyma, wybrałam opcję bez strzykawek. Zadowolona, że coś się w temacie dziać zaczyna i może wreszcie pomoże, pobiegłam (prawdę mówiąc pokuśtykałam) do apteki, oddalonej od przychodni kilka kilometrów. Babsztyl w aptece powiedział, że druk recepty jest wadliwy i nie chce się zeskanować i odesłała mnie z powrotem do przychodni. A że był późny wieczór, ja byłam ostatnią pacjentką, to w przychodni zastałabym panie sprzątające, li i jedynie. A wystawicielka recepty kolejny dyżur ma za tydzień. O basta. Znów nie mogłam rozpocząć naprawiania patologii fragmentu szkieletu, znów kolejna doba bólu. Może trzeba było zdecydować się na zastrzyki?

Następnego dnia udałam się do tej samej apteki, tyle, że do innego okienka. Miła pani naszykowała dla mnie zestaw trzech pozycji z druczku, podliczyła i trzykrotnie podjęła próbę zeskanowania kodu z recepty, uśmiechnęła się, i wstukała kod ręcznie, co zajęło jej jakieś 20 sekund. Dodatkowo podała dokładnie, jak co i kiedy przyjmować (nie wiedziałam, że jeden specyfik muszę łykać na czczo). Od razu poczułam się lepiej. Przemknęła mi myśl o złożeniu na babsztyla skargi, ale szkoda cennego czasu. Jeśli ktoś jest wredny i złośliwy, to takie zażalenie tylko uczyni go bardziej nieprzyjaznym dla otoczenia. Pomyślałam sobie o tych wszystkich starszych schorowanych ludziach przeganianych od okienek aptecznych z powodu nieprawidłowości w wystawieniu tak istotnego dla nich kwitka. Albo się jest człowiekiem, albo jakimś człekokształtnym erzacem. I od tych drugich, proszę Opatrzności, jak najdalej.

Żeby nie kończyć ponuro, scenka z wizyty u wystawicielki recepty.
- Ma pani jakieś nałogi?
- Tak, czytanie książek (odpowiedziałam z poważną miną, mając nadzieję na rozruszanie nieco drętwej pani doktorrr).

Lecę Leczyć pLecki, pa!

wtorek, 5 marca 2013

Mika Waltari - "Kto zabił panią Skrof?"





Natenczas chwila nastała, wzięłam się za osławionego Waltari, ale wdrapuję się kuchennymi schodami. Zaczęłam od kryminałków, jeszcze dwa przede mną (Błąd komisarza Palmu i Tak mówią gwiazdy, panie komisarzu), a potem, wierzę w to nieustająco, co najmniej te dwie bardzo znane i polecane, Obcy przyszedł na farmę i Egipcjanin Sinuhe. 

W Kuka murhasi... (czytałam w tłumaczeniu współczesnym Sebastiana Musielaka z 2011 roku), fiński komisarz Frans Palmu rozszyfrowuje zagadkę zejścia z tego świata starszej niezbyt lubianej Almy Skrof oraz jej psa, jamnika o imieniu Baron. Ciekawa galeria postaci: dozorca, jego żona, listonosz, posterunkowy, lekarz, mecenas, sąsiadka - pani Hallamaa, rodzina zmarłej (pasierbica i bratanek), ekscentryczny malarz Kurt Kuurna, niejaka Megajra, Kokki, kaznodzieja Mustapää. Dobrze się czyta, napisane i przetłumaczone przyzwoicie, trochę jak powieść dla młodzieży, ale jako młoda duchem akceptuję. I rozwiązanie faktycznie zaskakuje, zwłaszcza MOTYW...

Mika Waltari
Kto zabił panią Skrof?
(Kuka murhasi rouva Skrofin?)
rok wydania: 1939
wydanie polskie: 1968 (pod tytułem Krwawy ślad)


piątek, 1 marca 2013

kółeczko i do bramki


Nastało fajne pasmo zwycięstw i sukcesów "naszych" w sportach różnych, można kręcić nosem, że mało, ale ja nie kręcę, ja się cieszę! Dać kobicie kwiaty, a będzie się radowała, dać jej bombonierkę, to rozpłynie się w uśmiechach. A ja nie wiem, co ja jestem, kto ja jestem. Bo kiedy widzę, jak Waldemar Sobota w meczu ekstraklasy Śląska z Widzewem robi pod bramką kółeczko i zdobywa zwycięskiego gola, na 2:1, lepiej mi niż z tuzinem bombonierek (ile cukru, brr..) i jakimiś martwymi wiechciami. Nietypowa znaczy jestem. I Krysia Pałka zdobyła srebrny medal w biathlonie, który zaczęłam oglądać ze względu na duet komentatorski Tomasz Jaroński - Krzysztof Wyrzykowski. I Monika Hojnisz w tymże biathlonie zdobyła kolejno brąz, brąz, brąz i złoto. No i wczorajszy Kamil Stoch ze złotym medalem mistrzowskim. Wykrzyczałam mu to złoto dwa lata temu, kiedy wygrał konkurs w Pucharze Świata, falstart z mojej strony, ale jakaś prekognicja była ;) A i w turnieju tenisowym w Acapulco, na czerwono-brązowych kortach ziemnych, Łukasz Kubot doszedł (na razie?) do półfinału, co prawda w deblu z Hiszpanem Davidem Merrero, ale jednak. No i jak tu nie radować się z tych sukcesów?

I jeszcze rozśmieszająca drobnostka ze spisu wiadomości sportowych:

RAFAEL NADAL JEDNAK ZAGRA W USA

WENTA NADAL TRENEREM VIVE TARGÓW

:)

czwartek, 28 lutego 2013

"Ecce Homo"



Adam Chmielowski
(św. Brat Albert)
Ecce Homo
 1881
 Kaplica Sióstr Albertynek pod wezwaniem Ecce Homo, Kraków


środa, 27 lutego 2013

"Stroiciel fortepianu"


"Stroiciel fortepianu"

[Filharmonia w Chicago]


W przerwie koncertu zza kulis wynurza się mężczyzna
w sztruksowej marynarce, wkłada ręce do fortepianu jak
doświadczony położnik i zaraz potem znika, a nieuważna
publiczność oddycha głęboko. Żyjemy, mówią muzycy. Słuchamy,
mówią wytworne panie. I spektakl trwa nadal, mimo że noc już
od dawna zajęła strategiczne punkty tego miasta i Wenus świeci
swoim zimnym promieniem.



Adam Zagajewski, z tomu "Niewidzialna ręka", Kraków 2009



wtorek, 26 lutego 2013

"Arytmia" - Anne Holt & Even Holt





Arytmia to thriller kardiochirurgiczny, napisany przez twórczynię kryminałów (Anne) i jej brata lekarza (Even) zajmującego się "sprawami sercowymi". Even - looks good!

Akcja: Dr Sara Zuckerman, przeprowadza operacje z użyciem ICD, kardiowertera-defibrylatora. Kiedy zaczynają umierać jej pacjenci, wespół z przyjacielem Olą Farmenem przeprowadzają błyskawiczne dochodzenie, jeszcze przed powiadomieniem policji. Momentalnie wpadają na to, co się dzieje i powstrzymują dalsze zgony. 

Główna bohaterka jest bystra, energiczna, kompetentna, ale czasami zraża do siebie czytelnika (mnie ostro co najmniej w trzech momentach).

To, co denerwuje, to krótkie rozdziały. Czytając książkę w takiej formie czuję się, jakby ktoś pokroił mi posiłek na drobniuteńkie kawalątka, jak małemu dziecku, żebym się nie zadławiła i nie miała problemu z gryzieniem.

Mam mieszane uczucia. Kiedy zaczynałam czytać Anne Holt od serii z duetem Vik & Stubø, było mi dobrze w świecie przez nią wykreowanym, wiem, że potrafi pisać. Po dwóch częściach przeskoczyłam niestety od razu na Arytmię i zaliczyłam jakąś przepaść. Książka jest dobra, ale tak prosta, że aż mnie momentami odrzuca. A we wcześniejszych tomach  prowadziła takimi fascynującymi ścieżkami i zakamarkami kobiecych i męskich tropów myślowych. Była jakaś głębia psychologiczna. Tej pozycji nie mogę nijak szczerze polecić, przykro mi, jest powierzchowna i jakaś taka "amerykańska". Czytadło. Nawet stronice "same" się przewracały. A po ostatniej kropce nic nie pozostaje. No, może tajniki sprytnych operacji giełdowych.

Podobała mi się okładka.


Anne Holt & Even Holt
Arytmia
(Flimmer)
rok wydania:  2010
wydanie polskie: 2012

środa, 20 lutego 2013

"Trafny wybór" - J. K. Rowling





Paskudna okładka, jak produkt ze spożywczego z najniższej półki, gryzie mnie takie zestawienie barw.

Sam początek czytania - "haftki o sweter", może to wina pospiesznego tłumaczenia, nie wiem. Potem już popłynęło, bo choć J. K. nie jest literatką-czarodziejką słowa, to snuć opowieści potrafi. Historia małego Pagford i jego mieszkańców wciągnęła mnie na kilka dni, kończyłam o trzeciej w nocy zapłakana. Najpierw się dobrze bawiłam, Krystal i Fats byli trochę zabawni, drinkująca Samantha też, ale w pewnym momencie śmiech zaczął mi zamierać na ustach, oczy zasnuwały się uniemożliwiając czytanie. Zapytałam Ukasza, który przeczytał książkę przede mną, czy dalej będzie lepiej. Uświadomiona, że to będzie lot koszący i tak nie byłam przygotowana na aż tak drastyczną końcówkę.

Czy warto? Stanowczo tak.

Joanne Kathleen Rowling
Trafny wybór
(The Casual Vacancy)
rok wydania: 2012  (27 września)
wydanie polskie: 2012 (15 listopada!) - galopem :) widać - można




niedziela, 10 lutego 2013

"Futurospekcja" - Robert J. Sawyer





"Futurospekcja" to science fiction, jeden z moich ulubionych gatunków literackich, zaniedbany przeze mnie i traktowany po macoszemu. Mam wrażenie, że każda dobra pozycja SF aktywuje spory obszar mózgu, niczym rzeźbiarz obrabiający dłutem gruby mur otaczający ludzką świadomość, przekłuwający ścianę ciemności w ażurowe ogrodzenie, zza którego widać majaczące cienie rozwiązań zagadek i odpowiedzi na najtrudniejsze pytania.

Jestem w trakcie oglądania serialu, na podstawie (bardzo luźne powiązania) książki, więc, jak to ja, kiedy tylko doszperałam się źródła książkowego, pognałam do biblioteki i przeczytałam. 

Tytułowe wydarzenie, utrata świadomości, na około dwie minuty, połączona z przeniesieniem w czasie całej ludzkości o ponad dwadzieścia jeden lat, to skutek eksperymentu przeprowadzonego w ośrodku CERN pod Genewą. Oba wydarzenia rozpoczęły się idealnie w tym samym czasie, co do sekundy (zegar atomowy), co wyklucza przypadkowe wspólne zaistnienie. Naukowcy głowią się, który z czynników eksperymentu w Wielkim Zderzaczu Hadronów mógł spowodować tak niesamowite następstwa.

Wszyscy głowią się, czy to co widzieli w wizji, nastąpi naprawdę, czy to może jedna z opcji przyszłości. Wizje poszczególnych osób są spójne, łączą się w dość wyraźny obraz dzięki portalowi internetowemu o nazwie Mozaika. Problem w tym, że niektórzy niczego nie widzieli, czy to znak, że nie będzie ich wśród żywych?

Rozpoczyna się bardzo ciekawa dyskusja na temat wolnej woli, czy w ogóle istnieje i czy może zmienić przyszłość. Fizycy przerzucają się różnymi teoriami i modelami świata. Czy za 21 lat rzeczywiście po polach golfowych będą latały poduszkowce, by nie niszczyć trawy?

Okazuje się, że namieszała taka jedna supernowa, na dodatek już w plejstocenie. Wybuchła sobie, i choć miało to miejsce w Wielkim Obłoku Magellana, więc 166 tysięcy lat świetlnych od Ziemi, to wyemitowała neutrina, które akurat, spacerkiem, dowędrowały do naszej planety. Supernowa po wybuchu powinna zapaść się w czarną dziurę i "zassać" te neutrina w siebie, ale zapadła się w dziwny twór zwany dziurą brązową (taka jedna z natury niestabilna osobliwość), który nie uwięził neutrin na stałe, a to dzięki zamianie elektronów w kaony, które potem spontanicznie znów zmieniają się w elektrony, co z kolei powoduje kolejną emisję neutrin i tak dalej. A w tym czasie Ziemia doznaje co jakiś czas bombardowań neutrinowych, a jedno z nich nastąpiło tuż przed rozpoczęciem eksperymentu w CERN, zmieniając wyjściowe parametry. No i bozon Higgsa musiał znowu poczekać na eksperymentalne udowodnienie jego istnienia.

Fajnie tak się bawić w rozpędzanie cząstek i wielokrotnie próbować przywrócić warunki nieistniejące na Ziemi od chwili "ułamek sekundy po Wielkim Wybuchu". Szkoda trochę, że nie zostałam fizykiem ;)

 
Robert J. Sawyer
Futurospekcja
(Flashforward)
rok wydania: 1999
wydanie polskie:
2011

czwartek, 7 lutego 2013

żenaaaada...


... jak mawiał w "South Parku" niemiecki super robot opowiadający najlepsze dowcipy na świecie. Mnie do śmiechu po wczorajszym meczyku w Dublinie polskiej "Reprezentacji Narodowej", bynajmniej, nie było. Gdybym się mogła gdzieś zapaść, to bym się zapadła. Przerżnęli z Irlandczykami DWA - ZERO, dacie wiarę? 

(Muszę przestać "oglądać", bo niedługo będę się porozumiewała ze światem samymi, li i jedynie, cytatami z filmów. "Dasz wiarę" to z serialu "Brzydula", polskiej wersji, no śmieszy mnie, lubię...)

A tak było pięknie jeszcze kilka dni temu, kiedy nakopali goli Rumunom, i to sami "nasi" z Ekstraklasy + Celeban. 4:1... z Rumunami ... i wcześniej z Macedonią...

A wczoraj, jak prawdziwi kibice, zasiedlimy, -śmy (też cytat z filmu, przedwojennego, polskiego) w dobrej wierze (to z kolei "odchył" zawodowy), z michą pełną płatków kukurydzianych, zamiast czipsów, zdrowiej i smaczniej, znów zapomniałam kupić kwas chlebowy, ale za to batonik miał "procenty". Miny komentatorów rzedły coraz bardziej, konsternacja pełna. Mogę sobie przekląć? WTF?! Nic, nic, spoko, to tylko "nasi" piłkę kopią. Znów syndrom bitej żony. I znowu wystarczy jakiś malutki sukcesik, i znów w sercach kibiców, Polaków, zapalą się iskierki nadziei. I znów będą walić tłumami na stadiony, a nasze patałachy będą się "wozić" na nadziejach. Głupia sprawa, żenująca sprawa, czy nie ma 11, no 10, bo bramkarzy urodzaj i chyba to nie do nich pretensja, dziesięciu chłopa zgranych i potrafiących? NIE ROZUMIEM. Co tu jest grane? NIE WSTYD WAM?!

Szkoda, że Australian Open już się skończyło. W końcu Polacy poodpadali, ale było i tak na co patrzeć, niemal do końca. Jeden sędzia o uśmiechu delfina, inny jak z filmów Jima Jarmuscha, sędziujący mecz Stanislasa Wawrinki z Novakiem Djokovicem, nazywał się chyba Eduardo Molina. Ależ widowisko pięciogodzinne, dzielny Wawrinka zdobył ogromną sympatię za walkę i w ogóle, chyba najciekawsze godziny tego turnieju. Obejrzałam też debel Kubota, pierwszy w życiu, fajna sprawa, jak zabawa małych psiaków, tyle, że ze sporą gotówką w tle.

No i już nie wiem czy się dobijać kolejną kolejką Ekstraklasy ruszającą wkrótce po przerwie zimowej, czy może lepiej snooker i takie tam, bezpieczne, bo bez "Orłów Sokołów" naszych. No bo coś muszę, bo lubię. Muszę podtrzymywać przecież "sportowy" styl życia ;)