Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Homo sum: humani nil a me alienum puto. Manifesta non eget probatione. Non scholae, sed vitae discimus. Non omnia possumus omnes. Nulla dies sine linea. Nil desperandum. Sapere aude. Nolite timere. Miser, qui numquam miser. Omne ignotum pro magnifico. Cura te ipsum. Si vis pacem para bellum. Concordia res parvae crescunt, discordia vel maximae dilabuntur. Vanitas vanitatum et omnia vanitas. Per scientiam ad salutem aegroti.

wtorek, 18 września 2012

fajny koleś



zdjęcie by xbw

Na koncercie w Łazienkach znowu byłam w niedzielę i przy okazji spaceru znalazłam sobie kamiennego "kumpla". Jestem zachwycona, będę biegała w odwiedziny, póki śniegiem nie zasypie. 


środa, 5 września 2012

na fińskiej wyspie - Leena Lehtolainen "Pod wiatr"




Pociąga mnie wszystko co fińskie. I pojęcia nie mam, czemu tak jest. Kiedy widzę fińską powieść, to aż mi się do niej ręce trzęsą. Niedawno odkryłam Leenę Lehtolainen i zapragnęłam od razu przeczytać wszystko, co się da. "Pod wiatr" (Tuulen puolella) to ostatnia osiągalna na naszym rynku powieść Leeny (dwie wcześniejsze już przeczytałam, o "Kobiecie ze śniegu" tutaj). Jest skromnie, choć kobitka trzaska książki jedną za drugą, aż chciałoby się normalnie wziąć i potłumaczyć resztę, ale za wysokie progi na moje raczkujące fińskie nogi, nawet przepisu na sos nie jestem w stanie samodzielnie przetłumaczyć :(

W "Pod wiatr" jest niemal wszystko, co lubię, to książka jakby dla mnie pisana. Skąd autorka wie co dla mnie najsmakowitsze, czyta mojego bloga?! :)

Akcja dzieje się na południu Finlandii, głównie w Espoo i na wyspie Rödskär, a także po prostu na wodzie czyli na fińskim Bałtyku. Jest natura, jest morze niespokojne, latarnia morska, klify, jachty, sauna. Kiedy bohaterowie po saunie na wyspie zasiadają do posiłku i jedzą jedzonko wege, no to zaczęłam podejrzewać, że Leena zakradła się do mojego mózgu i wzięła sobie z niego moje marzenia :D Bo Finlandia i wegetarianizm raczej nie są blisko skumane. Na wyspie giną w odstępie roku dwie osoby w identycznych okolicznościach i wracająca z urlopu macierzyńskiego policjantka Maria Kallio prowadzi dochodzenie, godząc pracę, opiekę nad niespełna roczną córeczką i życie własne polegające głównie na uprawianiu sportu, choć nie tylko. Raz wybrała się na mecz Węgry - Finladia w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata 1998, wydarzenie autentyczne. Opisała dramat fińskich kibiców po samobójczej bramce już właściwie w doliczonym czasie gry, kiedy to Finlandia odpadła, i do fazy grupowej MŚ awansowały Węgry. Następny plusik dla Leeny, ale nie ostatni. Pojawił się bowiem w powieści fortepian (abo pianino?) i nuty Sibeliusa i wątek operowy, gdyż jeden z bohaterów jest tenorem. No Winterreise Schuberta... Jeszcze nie spotkałam się, by jedna książka była naszpikowana taką ilością różności moich ulubionych. Bo jeszcze i helikopterek jest, na wyspę leci. Zagadka wyjaśnia się na końcu i napięcie, KTO? i DLACZEGO? utrzymuje się, jak należy.  

OK, więc teraz negatywy, bo są. Sama powieść, obiektywnie jako powieść, jest taka sobie, fabuła, gdyby nie ubarwienie w "moje ulubione", byłaby przeciętna, mało wyrachowana. Początek książki mało spójny, kolejne fragmenty trochę "skakane", nie wiedzieć czemu. Nie podoba mi się momentami wynaturzony feminizm (karmiąca matka pijąca alkohol i to niezbyt symbolicznie). Ale to tyle minusików. Poza tym książka jest po prostu ciekawa, zawiera mnóstwo scenek ze zwykłego życia w Finlandii, dla wielbicieli "fińszczyzny" lektura obowiązkowa.

Muszę jeszcze napisać o knajpkach fińskich, mają rozweselające nazwy, Spragniony Wielbłąd i Spragniony Łosoś. Ciekawe, czy istnieją naprawdę :)

Czytając książkę po polsku, rzecz jasna, brakowało mi obok tekstu oryginalnego. Dlaczego, oprócz poezji od czasu do czasu, nie wydaje się książek dwujęzycznych? Świat wokół jest mocno ułomny. A moje problemy niestandardowe. Ale to gratis, te standardowe mam w pakiecie, jak wszyscy.





niedziela, 2 września 2012

bunt na koncercie


Kiedy tylko mogę, staram się wyciągać w niedziele znajomych, kogo się da, do Łazienek, na Chopina. Dziś nie udało mi się, więc wybrałam się sama, a w dzikim tłumie po koncercie natknęłam się na Ewę, koleżankę "od Daniila" :)

Dziś grała Karolina Nadolska, z którą zetknęłam się przelotnie na zeszłorocznym festiwalu w Dusznikach. Brała udział w Nokturnie, wystąpiła z dwoma utworami Paderewskiego. Nie było fajnie na tym nocnym koncercie wg moich kryteriów fajności, Karolina pojawiła się gdzieś pomiędzy sławami i kolejnymi lampkami wina, jak kropeczka na bogatym wzorze, nie lubię takich miksów. Nie zarejestrowałam więc jej występu w ogóle.

Ale dziś było monotematycznie a i występ solowy, tylko sama Karolina hen za wodą. Bo od jakiegoś czasu trwa remont okolic pomnika Chopina i koncerty odbywają się "na wodzie", w Amfiteatrze na wyspie. Po zapowiedzi szczegółowej występu zapadła cisza niemal idealna, słychać było tylko szum fontanny, Karolina zasiadła do fortepianu i - zakwakała kaczusia, na całe swoje kacze gardziołko. Ale potem już był piękny, zagrany z namaszczeniem Walc Es-dur op. 18, nokturn i mazurki. Potem dwie pieśni oraz Andante spianato i Wielki Polonez. Grała nie za szybko, nie kładła nacisku na wirtuozerię, ale na przekaż, co udawało się momentami znakomicie, duch Chopina unosił się i kiwał głową z aprobatą. Jeśli będziecie mieli okazję posłuchać kiedyś Karoliny Nadolskiej to skorzystajcie, nie będzie to czas stracony. Szkoda, że podłoże twarde i bezoparciowe, dłużej niż godzinę byłoby trudno wytrzymać, nawet przy tak pięknie brzmiącym Fryderyku...


Rozpieszczona ze mnie niunia, sofy puchowej się mnie zachciewa.

Nie mnie, tylko mojemu szkieletowi, znaczy się, kręgosłupowi z przyległościami, to on się buntował, nie ja!

Czego i Wam życzę. No, licznych koncertów chopinowskich w okolicy, nie buntu kręgosłupa.


sobota, 1 września 2012

trudne lekcje pływania


Odkrywam powoli, czas najwyższy, że w życiu to dokładnie tak samo jak w wodzie. Bardzo łatwo utonąć, ale też i bardzo łatwo nauczyć się pływać. Zasada jest jedna, trzeba się zanurzyć, pochylić i - płynąć. Nawet jeśli nie masz pod ręką żadnych kół ratunkowych. Nie nauczy się pływać ten, który boi się w ogóle wejść do wody. 

finałowy zgrzyt :(


Wczoraj.
Agnieszka mnie wyciągnęła na finał festiwalu "Chopin i jego Europa" (ChijE), inaczej oglądałabym mecz Chelsea Londyn - Atletico Madryt. Ale wdzięczna jestem ogromnie, zebrałam bagaż niezwykłych doświadczeń. Cudnie się zaczęło. Debussy i La mer, Sinfonia Varsovia i Jerzy Maksymiuk w formie. Orkiestra przepięknie zagrała, każdy dźwięk bajkowy, czułam się wciągana w inną rzeczywistość jak w w wir, bez możliwości wydostania się. Finał może i był głośny, ale nie ogłuszający, choć siedziałam pod samym podium dla orkiestry, coś pięknego i energetyzującego, prawie tak, jak rzeczywisty pobyt na morzu/nad morzem. "Spod ziemi" wynurzył się fortepian i Dmitri Alexeev, zwycięzca konkursu w Leeds z 1975 roku, wykonał koncert fortepianowy D-dur Ravela na lewą rękę. Mówi się, że w dwóch tkwi siła i moc trzech, zgadzam się z tym. Uważam też, że odwrotnie, dwóch podzielonych na pół jest osłabionych do 1/3 mocy, i widzę przełożenie tego zjawiska na grę jedną ręką na fortepianie. Skutkiem takiej gry jest pozbawienie co najmniej 2/3 wartości utworu. (No jeszcze jakaś krótka forma ewentualnie ok, ale koncert fortepianowy?) Osoby posiadające obie dłonie nie powinny wykonywać utworów na jedną rękę, howg. No ale skoro już, to to co "nam dano" czyli skromną jednoręczną "kolacyjkę", bo nie ucztę, oceniam pozytywnie, jak na pierwsze usłyszenie zupełnie nieznanego wykonawcy. Ciężko słuchać kogokolwiek, po jeszcze w uszach brzmiących dźwiękach Trifonova na żywo, ta jego precyzja i staranność tak zawyżyły mój próg odbioru, że to aż uciążliwe, ale nie narzekam ;) Więc troszeczkę na tego Ravela pokręciłam nosem, gdybym tak wiedziała co mnie czeka po przerwie.. Bardzo ciekawa Walentyny, ze sporymi oczekiwaniami brzmienia jej interpretacji na żywo, życzliwie nastawiona trwałam wyczekująco. Sinfonia Varsovia zaczęła e-molla cudownie, jak z płyty, ale nic w tym dziwnego, jaka orkiestra miałaby grać najpiękniej koncerty Chopina, jak nie nasza? Rozmarzyłam się, wzniosłam się, zniknęłam z rzeczywistego wymiaru ale szybciutko już pierwsze dźwięki Lisicy wywołały otrzeźwienie i zaniepokojenie. Co jest? No, może to trema. Ale nie była to, niestety, trema. Kobieto, czy Ty nie wiesz, gdzie grasz? W jakim kraju jesteś? To POLSKA, e-moll to świętość niemal, tu dopiero co był rok chopinowski, konkurs chopinowski, co chwilę ktoś gra ten koncert na profesjonalnym poziomie w sposób albo idealny albo bliski ideału, może z kilkoma niewielkimi wpadkami. A Walentyna zagrała biegle, owszem, ale tak, jakby to była jej pierwsza lekcja przy nauczycielu, wymagająca doszlifowania kilkumiesięcznego pod czujnym uchem jeszcze. Brzmiało, jakby SAMA się z nut nauczyła. Koncert był odbębniony, ODPLUMKANY, a gdzie bel canto, ja się pytam?! To był przykład, jak absolutnie nie powinno się grać. Nutki były chyba dodawane, choć tu może się mylę, nie znam się. Nutki były klepane jak leci, byle szybko. Nie zdążyły wybrzmieć, nie mówiąc już o ich jakimś dopieszczeniu, różnicowaniu. Najgorsze dopiero miało nadejść, Walentyna się posypała. Zupełnie straciła głowę i kontrolę, próbowała cichutko improwizować, odnaleźć rytm i właściwe klawisze, naciskać cokolwiek, byleby współbrzmiało z orkiestrą. Orkiestra z pokerową miną grała, ale ile można, minutę, dwie, a Lisica w lesie. W końcu i orkiestra zgłupiała i zbiorowo łypnęła na dyrygenta, "czy ja mam grać?" Na szczęście nadszedł dobry muzyczny moment na "restart" i od pewnego momentu "chycili" wszyscy wespół i kontynuowali już "spójnie", co nie znaczy, że już było ok. Walentyna się trochę więcej myliła, niestety do tych wszystkich mankamentów jeszcze fałszowała. Drżałam o Larghetto, ale przeszło w miarę bezboleśnie, ale czaru na nikogo chyba nie rzuciła. Powiedzmy, że dało się słuchać bez wbijania paznokci w fotel. Czekałam na finał przygotowana, że znów nastąpią ciche chwile przy fortepianie. Ale już do końca paluszki biegały szybciutko i sprawnie, niemniej po łebkach, byle nacisnąć klawisz (z fałszami i pomyłkami oczywiście), ale to przecież nie o to chodzi ani w Chopinie, ani w ogóle w muzyce. Orkiestra grała profesjonalnie, widać było, że muzycy dawali z siebie 200%, jakby starali się jakoś pokryć deficyty, wyrównać, zadośćuczynić, zwłasza w momentach kiedy grali sami (zgodnie z partyturą). Solistka - katastrofa. Żenada. Na jarmark z takim graniem, nie na finał prestiżowego festiwalu. Na YT i tylko tam. Chyba, że ktoś weźmie Lisicę na warsztat i poduczy. Potencjał ma ogromny, tylko czy jej "manierę" da się jeszcze w ogóle "wykarczować"? Ach, jeszcze bisy. Ave Maria było jakoś tak bardzo nie na miejscu. Z jakimś takim weselnym "zaciąganiem". La Campanella, podobnie jak finał koncertu, odegrana sprawnie technicznie ale na zasadzie szybkiego odbębnienia, z pomyłkami, zgrzytami, fałszami. Otworzono z charakterystycznym stukaniem drzwi wyjściowe z sali, ale brawa były (ja je biłam dla orkiestry, która wciąż na scenie) i Walentyna wyszła na trzeci bis, niestety chopinowski. To chyba wtedy zapałałam największą sympatią dla Julianny, tak bardzo chciałabym przynajmniej jej teraz posłuchać, zatęskniłam za jej starannością, precyzją, dokładnością, pielęgnowaną grą, sprawnością za którą stoi profesjonalne zaplecze. Na bisowany nokturn już stuliłam uszy, były jakieś momenty warte wysłuchania, ale ja już byłam tak zła i wkurzona, no i przy okazji śpiąca, że już chciałam się wydostać z tej sali tortur. Przypomniałam sobie, że nie wolno mi się denerwować, bo i po co, noc taka piękna, jeszcze ciepła, spacer przed snem dobrze zrobi każdemu. Nie jestem złośliwa, jestem obiektywna. Z pewnością jako człowiek Walentyna jest uroczą istotą, ale nie jest profesjonalnym muzykiem, powinna iść do szkoły i uczyć się długo i namiętnie.

Tak się jeszcze zastanawiam, jak wyglądała próba z orkiestrą przed koncertem, czy była jakaś zapowiedź katastrofy?


Na stronie NIFC Walentyna nie ma nawet notki biograficznej w języku polskim. Chyba ktoś się za bardzo z czymś pospieszył. A nawet nie ktoś, ale wielu.


piątek, 31 sierpnia 2012

nieprzyzwoite zadowolenie


Mimo "drobnych" niedogodności życiowych jestem dziś tak zadowolona, że to aż nieprzyzwoite. Obok stos książek z biblioteki, niemal pod sufit i kolejne zamówione (to szczęście przebywać w pobliżu dobrze, często i szybko zaopatrywanych w nowości bibliotek), za oknem słońce i ciepełko, na które zaraz wychodzę, a wieczorem festiwalowy koncert w filharmonii, bo wczorajszy tylko w radyjku, ale od połowy, ale tej chopinowskiej :) No i Daniil wrzucił link do mojego poprzedniego posta na swój profil na społecznościowym portalu. Aż mam ochotę pojechać do Poznania 26 października na jego kolejny koncert. Nawet wczorajsza katastrofalna porażka naszych "orłów" od piłki kopanej, zwłaszcza Śląska Wrocław (w dwumeczu stracili 10 bramek !!!!!!!), co miałam wątpliwą przyjemność oglądać w transmisji telewizyjnej, nie jest w stanie pokonać mojego silnego optymizmu. Czego i Wam życzę.

środa, 29 sierpnia 2012

Przeniknięta


Próbuję żyć dniem dzisiejszym, ale nie wychodzi. Nic dziwnego, byłam wczoraj na koncercie Daniila Trifonova, wspomnienie wzięło mnie całkowicie w posiadanie i tkwię jeszcze w studiu koncertowym prawie całą sobą. Po zeszłorocznych szaleństwach, a rozbijałam się na prawo i lewo po filharmoniach i salach koncertowych, w tym roku Baba Jaga zakrzywionym paluszyskiem kiwa, że nie, basta. Postanowiłam odpuścić więc całkowicie tegoroczny festiwal "Chopin i jego Europa", omijać z daleka, by nie żałować. Aż tu nagle spada mi z nieba Katsaris, Valentina (będzie pojutrze), no i wczoraj Daniil. Poszłam właściwie tylko spotkać się ze znajomymi przed salą koncertową, nie mając biletu ani nadziei na wejście. Grzecznie jednak, co mi szkodzi, ustawiłam się w kolejce po wejściówki. Koncert miał rozpocząć się lada moment, nadal nie było wiadomo czy w ogóle wejściówki będą, ludzi masa, mnóstwo wiele. Nagle zostałam wyrwana z kolejki, dostałam bilet do ręki i znalazłam się oniemiała w środku, jak dokładnie, sama nie wiem, zadziałał los i przeznaczenie ;) W każdym razie - OGROMNE DZIĘKI! Przycupnęłam sobie tuż przy fortepianie, bo przecież lubię także widzieć. Zaczęło się. Wszedł Daniil z młodzieńczą (zabawną!) powagą na twarzy i zaczął III Sonatę Scriabina. Każda nutka starannie wyartykułowana, każda jedna trafiała do mnie jak w dziesiątkę, jakby istniała tylko i właśnie dla mnie. Nigdy wcześniej, a byłam już na sześciu koncertach Trifonova i niezliczonej ilości innych wykonawców, nie doznałam tego uczucia. To było jak "wstrzelenie się" statku kosmicznego w korytarz wtargnięcia, pod precyzyjnie określonym kątem, w warstwę atmosfery, jedynym możliwym, by nie spłonąć. Dźwięki docierały do mnie jak nigdy wcześniej. Czy już zawsze mam się spodziewać, że każdy kolejny koncert będzie zupełnie niezwykłym i nowym przeżyciem, coraz wyższym stopniem wtajemniczenia? Wcześniej słuchałam Scriabina po macoszemu, nadal go dobrze nie rozumiem, ale WIEM, że Trifonov mi go w końcu całkowicie przetłumaczy, jako że należy, obok Chopina, do jego ulubionych kompozytorów. Wczoraj, mimo że siedziałam tuż przed podniesioną klapą fortepianu, a artysta nie żałował "strun", byłam trochę zmęczona, no i zaczynała boleć mnie głowa, to ten Scriabin poprzez Trifonova objawił mi się dzikim nierozpoznanym pięknem, którego rejon będę eksplorowała nieustająco. Oprócz "bombardowań" były w sonacie tak piękne momenty, że z pewnością wkrótce zaczną odtwarzać się w mojej głowie w najmniej oczekiwanych momentach, na przykład podczas zmywania :) 

Następny był Medtner i Skazki, już mi znane i ogromnie lubiane. Nimfy siedziały przy źródełku, woda pluskała i bajkowe ciepełko grzało i jasność otaczała, mimo panującego w studiu półmroku. Zmiana nastroju, ale w sumie nie tak wielka. Ognisty ptak Strawińskiego był porywający, podrywający, nadal każda nutka staranna i przepiękna, żadnej bylejakości w graniu, żadnych omyłek i wpadek. Po gorących brawach przerwa na ochłonięcie i przestudzenie emocji oraz przesiadkę kilka rzędów wyżej. Trochę żałowałam, że nie będę już tak dobrze widziała, ale niepotrzebnie. Z góry miałam widok na DŁONIE, no i dźwięk idealny. Dopiero co rozpracowywany przez Trifonova Debussy i Images (zeszyt I) wyszemrany idealnie. I najważniejszy moment dla "zarażonych" po ostatnim konkursie chopinowskim, Etiudy op. 25. choć słyszałam je już wcześniej, na żywo, w transmisjach, odtworzeniach idących w dziesiątki, to i tak mnie ścięło z nóg. Za to chyba Polacy tak uwielbiają Trifonova, za ten sposób wyrażania Chopina, taki nierosyjski, taki bardzo "nasz". Młody pianista najwyraźniej rośnie i dojrzewa muzycznie, gra te etiudy wciąż lepiej i lepiej. Jeszcze nie słyszę tej "harmonii" unoszącej się w powietrzu przy odegraniu całego cyklu, jak wtedy kiedy gra na przykład Geniusas, ale i ta pewnego dnia zawiśnie nad fortepianem Daniila. W każdym razie musiałam sobie założyć uprząż na emocje i z całej siły trzęsącymi się dłońmi ściskać cugle. I ciągle mrugałam, by "wycieraczki" zgarniały mżawkę, aby wyostrzyć widok na te niezwykłe dłonie, czyli to co stanowczo najpiękniejsze w Trifonovie ;) Przygwożdżona etiudami, także tymi trzema z op. 10 na bis (w trzeciej "najpiękniejszy motyw muzyczny Chopina") poderwałam się na nogi po transkrypcji Uwertury Straussa do Zemsty nietoperza (dłonie tylko śmigały, wzrok nie nadążał z rejestrowaniem wszystkich uderzeń w klawisze), podobnie jak reszta sali. Na stojąco, potężnymi oklaskami publiczność pożegnała Młodego, do nieuniknionego następnego razu. Jeszcze tylko balszoje spasiba, już bez awtografu - Daniil chyba powoli przestał rejestrować z kim i o czym rozmawia, tak wielkie było zamieszanie wokół jego osoby :)

I pojechałyśmy z Joanną i Agnieszką na kawę, postawiono przede mną herbatę z cytryną i sokiem malinowym, idealną na po-koncercie-Daniila. Dopiero przy tym napoju zaczęłam odczuwać, wraz z chłodem wieczornym realność świata wokół stolika pod parasolem na Rakowieckiej. Emocje, opadając, porządkowały się, wrażenia docierały do świadomości. Trochę później w domu wysłuchałam jeszcze najnowszego wywiadu Trifonova. Już wkrótce w jego wykonaniu preludia Chopina, II koncert fortepianowy Prokofiewa ! :) :) i III koncert fortepianowy - Ta Dam - Rachmaninowa. Ta chwila musiała nadejść. I tylko kwestią czasu pozostaje, kiedy wysłucham tej niesamowitości na żywo. Mam nadzieję, że będzie w pobliżu sali koncertowej karetka.

Czego i Wam życzę.
To znaczy tak intensywnego przeżywania muzyki, nie karetki! :)


piątek, 24 sierpnia 2012

hiszpańska piłka


Ze świata słowa pisanego nie tak łatwo się wyrwać, książki wciągają jak wir, uzależniają. Moim zdaniem powinno się je wymieniać obok alkoholu, narkotyków, papierosów, kawy jako kolejną groźną używkę.

Wczoraj przywiozłam sobie z jeszcze jednej "nowej" biblioteki długo oczekiwaną i poszukiwaną książkę, tym razem fińską. Już trzymałam, już czytałam, ale przypomniało mi się, że późnym wieczorkiem jakiś dobry meczyk w TV miał lecieć. No i leciał, akurat zdążyłam obejrzeć zajmującą drugą połowę Realu Madryt z FC Barceloną (pierwsza podobno niezbyt "bystra"). Działo się mnóstwo. Gra na bardzo wysokim poziomie, aż nie można się było oderwać. Od bramki Ronaldo dla Realu to już oboje z Ukaszem, którego zawołałam (i on przyszedł!), jak sroki w gnat, brody podparte i OGLĄDAMY. Bo Barcelona od razu wyrównała (Pedro) i potem wszyscy myśleli, że będzie 4:1, ale przy 3:1 (Messi i Xavi) gospodarze (meczyk na Camp Nou, czyli w Barcelonie) wywinęli niezły numer, patrzyłam i nie wierzyłam. Pod własną bramką ktoś podał do bramkarza, ten pomarudził z piłką jakoś tak fatalnie, że zdążył go dopaść Di Maria i po dzikiej szarpaninie strzelił! I w tym momencie pewna swego Barcelona oklapła, przestraszyła się, ale Real nie zdołał już "podciągnąć" wyniku i stanęło na zwycięstwie Barcelony 3:2. Rewanż w środę. Ależ emocje, a było już po północy. Nie wiem czemu grali tak późno, zapewne przez upały. 

Zadowolenie moje z pięknego widowiska zasnuła refleksja na moment. Czemuż, ach, czemuż choć jednego meczu nie może tak ładnie zagrać jakaś nasza drużyna, o reprezentacji nie mówiąc. Legia co prawda wczoraj zremisowała z Norwegami, ale szanse na wędrówkę "dalej" w Lidze Europejskiej ma niewielkie. A Śląsk poległ z niemieckim Hannoverem 3:5. Rewanże za tydzień, tyle, że oba na "obcej" ziemi.

czwartek, 23 sierpnia 2012

znowu czytam - Olle Lönnaeus - "Pokuta"




Na dobry początek i rozruch po dwumiesięcznej ponad przerwie - książka akurat. "Pokuta" (Det som ska sonas). Szwedzki autor Olle Lönnaeus. Nie powaliła na kolana, nie zachwyciła, a wciągnęła leciutko, ale na tyle, by nie porzucić. Porównanie do Stiega Larssona to nieporozumienie. Książka jest przeciętna, autor też. Budzi sympatię ale letnią. Nie jest to kryminał prosty jak budowa cepa, ale też nie jest jakąś perełką architektoniczną. Natknęłam się w bibliotece i zabrałam z ciekawości, nie żałuję ale też i za specjalnie nie polecam. Syn Polki, wychowywany przez szwedzkie małżeństwo na południu Szwecji w Tomelilla, wraca do miasteczka po 30 latach na prośbę policji. Przybranych rodziców ktoś zamordował, został spadek do podziału między przysposobionego i rodzonego syna. Przy okazji Konrad, bo tak na imię głównemu bohaterowi, postanawia dowiedzieć się, co się stało z jego biologiczną matką. I spotyka się po latach z przyjacielem z dzieciństwa. Jakoś takie to wszystko płytkie, w sumie materiał na jakieś opowiadanie, ale po co aż rozciągać taki drobiażdżek w powieść? Niby zahaczony został temat Szwedów stojących w czasie II wojny światowej po niewłaściwej stronie, ale to już Mankell w "Powrocie nauczyciela tańca" zrobił jak trzeba, a tu tylko jakaś próba nieudolna. W ogóle czytając Lönnaeusa tęskniłam do Mankella i do Larssona, wzorów niedoścignionych, póki co. 


pokoncertowe wspomnienia


Cyprien Katsaris to ulubiony wykonawca "znajomego z sieci" :). Nie wybierałam się na koncert, choć chciałam, na zasadzie: "En la vida no hay tiempo (y dinero) para todo"*. Chciałoby się między innymi polecieć na księżyc albo przynajmniej w kosmos, no choć samolotem, balonem. Chciałoby się przeczytać wiele książek, obejrzeć setki filmów, wysłuchać tego całego istniejącego ogromu muzyki, no i być na wielu koncertach. Zaproszenie na koncert Cypriena Katsarisa spadło nagle z nieba, dziękuję! :) Nawet nie zdążyłam przeczytać programu.

Maestro grę rozpoczął "od siebie", tzn. chyba od własnych kompozycji, sądząc po programie, z którym zapoznałam się PO koncercie. Pierwsza połowa to było nieustające szemranie, plumkanie, ptasi świergot, trele i ogólnie wiele radości. Sielanka, może dwa czy trzy razy przerwana głośniejszymi momentami. Miałam więc pasmo muzyczne "anonimowe", nie wiedziałam kto skomponował i było mi z tym nadzwyczaj dobrze, Wszystko było jakby jedną kompozycją. Niezwykła artykulacja dźwięku przede wszystkim, coś wspaniałego. Słyszałam cymbały! Maestro był przesympatyczny, od czasu do czasu zagadywał publiczność, a to, że gorąco, że klimatyzacja nie za dobrze działa, a to, że nie podobało mu się jak on sam zagrał. Przecierał czoło chusteczką, przekładał stosy nut i troszkę chyba robił specjalny show, jego zachowanie było lekko zabawne ale w sposób kontrolowany, uroczy. Budziło sympatię i uśmiech, przybliżało artystę i publikę. Wszyscy chyba bez wyjątku siedzieli w dobrych humorach, muzyka płynęła harmonijnie, bez szarpania, bez "zgrzytu" (co nie jest takie oczywiste, nawet w przypadku znanych artystów). Aż może ciut za monotonnie się zrobiło, zresztą, co kto lubi. Po przerwie Chopin. I trochę zdziwienia i odmienności od tego co "wgrane" w nasze polskie głowy. Większość przepięknie "wygrana", ale były też jakby obszary muzyki "martwe", zapomniane, pominięte, ograniczały się do kilku nutek od czasu do czasu, ale mnie to trochę "raziło". Largetto koncertowe z drugiego koncertu f-moll wyrwane z kontekstu i bez orkiestry trochę mnie zszokowało, ale było tak piękne, że nawet zagrane nieco odmiennie od moich oczekiwań zachwyciło. II koncert fortepianowy Liszta bez orkiestry zupełnie mnie zdezorientował, choć jeden ze środkowych momentów zagrany został wzorcowo, usłyszałam idealną harmonię i idealne piękno. No i po takiej potężnej dawce szemraninki ten Liszt zupełnie mi nie pasował. Jakkolwiek zagrany był ciekawie i bardzo dobrze, to jednak z takim graniem muszę się oswoić, stopniowo wysłuchać kilka razy, co w warunkach "live" jest nierealne, no, chyba, że zawrę kiedyś bliższą znajomość z jakimś "fortepianistą". 

Po koncercie artysta wyszedł do publiczności, by pogawędzić, pouśmiechać się, złożyć autografy. Przed wejściem do sali koncertowej jest takie stoisko z płytami i książkami, właśnie za nim stanął maestro, bardzo właściwie, bo trochę nieprzyjemnie w byle jakim wąskim korytarzu za sceną, oby zwyczaj się utrwalił!

* W życiu nie ma czasu (i pieniędzy) na wszystko"